wtorek, 2 maja 2017

Dzień Flagi RP, Polonii i Polaków za Granicą

Po raz kolejny na Starym Rynku w Chojnicach PiS rozda mieszkańcom Flagi RP. Cieszę się, że PiS jako partia władzy kontynuuje nasz wysiłek. 

Za tą ideą, kiedy ją zainicjowaliśmy w Arcanach Historii, stał jakiś pierwiastek solidaryzmu społecznego. Chcieliśmy z jednej strony zwiększyć stopień identyfikacji mieszkańców z barwami narodowymi, a z drugiej chyba jakoś tak społecznie podejść do tematu.Tzn. ofiarować Flagę RP, tym osobom dla których kilkanaście złotych to już jednak dodatkowy wydatek.

Brakuje jeszcze tego ważne aspektu polonijnego w chojnickim święcie. Być może za jakiś czas uda się zebrać materiały i stworzyć jakąś wystawę? Zaprosić przedstawicieli największych skupisk polonijnych z Chojnic, które są rozsiane po świecie na 2 maja do nas? 

Można zawsze w takich sytuacjach powiedzieć, że to pusty gest. Jednak warto wspomnieć, że barwy narodowe mają długą historię i dopóki wisiała polska flaga, to nie było w Polsce obozów śmierci. Jest to po prostu ważny symbol i każdy powinien mieć dosłownie swoją Flagę RP. Na Zachodzie - w UK czy USA dla nikogo nie jest obciachem wywieszanie flagi narodowej, wręcz przeciwnie.W Polsce jakoś tak jeszcze są pewne hamulce przed wyrażaniem swojej przynależności w sposób otwarty i jawny. 

To link do relacji z akcji, które 2 maja prowadzily Arcana Historii w ubiegłych latach na Starym Rynku. 

poniedziałek, 1 maja 2017

W obronie układu

Zadałem sobie ostatnio pytanie, do czego można się posunąć w obronie układu władzy?

Jest takie zjawisko jak grupy tryzmające władzę, które wymykają się w swej działalności strukturze narzuconej przez ustrój państwowych, czy inne. Wiadomo, że układ czerpie zyski przez wykorzystywanie nieformalnych powiązań i zależności. Tworząc oczywiście konflikty interesów itd. Pytanie jednak, do czego posuwają się siłowniki ukladów władzy dla jej ocalenia? 

To są ważkie pytania, bo odpowiedź na nie może zobrazować jaka jest rzeczywiście jakość demokracji, czy respektujemy formalnie przyjętą regułę gry i rywalizacji? Czy raczej w drodze bezwględnego dzierżenia władzy niszczy się oponentów w każdej ich sferze życia, aby "wyciąć przeciwnika na przedpolu"? 

Należałoby przedstawić wiele przypadków działania układów władzy wobec swoich oponentów, szczególnie wobec osób, które wykonują robotę watchdogową. Do czego posuwają się grupy trzymające władzę? Czy opowieści o ludziach zniszczonych przez politykę to tylko plotki czy rzeczywisty koszt zderzenia z układem? 

wtorek, 25 kwietnia 2017

Kampania jakiej nie widział nikt

W 2018 r. będzie kampania samorządowa, która w zasadzie już wystartowała. Tę kampanię wygramy w przedbiegach, jest zbyt wiele szans, aby je przegrać. W 2014 r. PChS odebrał Finsterowi 30,9% głosów, to mniej więcej tyle ile Finster i Jego komitet dostaną w 2018 r. Zdradzę Czytelnikom, że zjednała się spora grupa osób - środowisk, które są niesamowicie zdeterminowane, aby obalić w drodze wyborów układ władzy w Chojnicach. W 2018 r. skończy się chojnicki postkomunizm! 

piątek, 21 kwietnia 2017

Konflikt interesów?

Czym jest konflikt interesów? 

Konflikt interesów narasta, kiedy dochodzi do zaburzenia równowagi, między innymi - konkurencji w ekonomii, lub rywalizacji w polityce. Do zaburzenia tej równowagi dochodzi w procesie łamania ustalonych reguł gry, bazujących zarówno na aspektach prawnych danych okoliczności, jak i częściej na kwestiach etycznych i moralnych. I tak też może dojść do konfliktu interesów w relacjach między ludźmi, kiedy konkurujemy o rzadkie dobra, ale wykorzystujemy do osiągnięcia celu niedozwolone narzędzia do których inni w określonym czasie nie mają dostępu. 

Wracam do tematu Szpitala Specjalistycznego w Chojnicach. Będę twierdził, z uporem, że wokół szpitala dochodzi do poważnego konfliktu interesów, bowiem dyrektor szpitala podpisuje umowy, np. z firmą NOBO na rezonans, a we władzach tej firmy zasiada żona Leszka Bonny, czyli dyrektora szpitala. Czy to nie jest konflikt interesów? No, bądźmy poważni. 

Poza tym, złożyłem zapytanie do władz szpitala, czy dyrekcja podejmowała jakiekolwiek umowy z następującymi podmiotami od 2010 r. We władzach, czy uprawniona do reprezentacji tych podmiotów występuje w KRS żona Leszka Bonny, jeśli szpital utrzymuje relacje gospodarcze z tymi podmiotami, a tego poza jednym podmiotem, dotąd, nie ustaliłem, to uważam, że Leszek Bonna powinien sam odejść z zajmowanego stanowiska. Chociaż dla mnie sprawa rezonansu jest wystarczającym czynnikiem rzutującym na obraz Pana Dyrektora: 

ABA - MED Spółka Z O. O. (KRS 0000417977)

"OPTIMA" Spółka z o. o. (KRS 0000299032)

BONAMED Spółka z o. o. KRS 0000403882

Fundacja Jarcerwo (KRS 0000377551)

"NOBO" Spółka z o. o. (KRS 0000292908)

"ALTE" Spółka z o. o. (KRS 00001790948)

PALIUM (KRS 0000241457)

BONA DEA Spółka z o. o. (KRS 0000219948)

Obraz bezmyślności

7 lat temu pisałem o problemie organizacji ruchu koło McDonald's w Chojnicach. Niestety, ale nikt nie podjął dalej tej sprawy. Pomimo, że upubliczniłem zdjęcia i opisałem problem. Dziś o problemie donosi Radio Weekend, a burmistrz Finster przyznaje, że trzeba pomyśleć nad zmianą organizacji ruchu. Taki jest właśnie obraz zarządzania Miastem. Wszystko na ostatnią chwilę, post factum i w sytuacji płonącego domu - wszyscy wołają Dom Płonie! 

Władzom Miasta zalecam dokładną lekturę mojego bloga, bo po raz kolejny, okazało się, że podejmuję nie tylko tematy polityczne, ale i ważne dla bezpieczeństwa mieszkańców.


Relacja Radio Weekend: http://weekendfm.pl/?n=65014&

czwartek, 20 kwietnia 2017

Rodzina wspierająca PRL i PZPR?

Na forum portalu Chojnice24.pl spotkałem się z taką opinią, że moja rodzina wspierała PRL i PZPR. 

To śpieszę wyjaśnić jak się sprawy miały. W 1945 r. na Syberię wywieziono mojego dziadka, który szczęśliwie wrócił z obozu w Czelabińsku, gdzie musiał obserwować jak inni jego znajomi z ziemi chojnickiej oddają życie w stalinowskich obozach pracy. Z drugiej zaś strony, moja rodzina doznała w Chojnicach "wyzwolenia" przez Armię Czerwoną. Szczególnie dotknęło to rodzinę mojego Ojca. Przez wzgląd na pochodzenie i zapatrywania nikt w mojej rodzinie nie miał łatwego życia i nikt nie wspierał reżimu komunistycznego. Nikt też nie służył w mojej rodzinie, żaden z dziadków, ani w Wehrmachcie, ani dla służb reżimu komunistycznego, nikt nie donosił - wszystko to zbadałem.

Mój Ojciec należał do PZPR od lat 80. XX w., ale zapisał się do partii, bo jako osoba na stanowisku, w PKP, zmagał się z niesubordynacją pracowników mu podległych służbowo (choć znosił taki stan ponad dekadę), którzy do PZPR należeli i z samego tego faktu unikali respektowania służbowej zależności - bo zawsze mogli iść na skargę do sekretarza partii w zakładzie pracy. Mojego Ojca zlustrowałem w Instytucie Pamięci Narodowej i nie robiłem tego osobiście, a poprosiłem Instytut o kwerendę i oczywiście okazało się, że był czysty jak łza. Kiedy w latach 80. wyjeżdżaliśmy na wakacje, często, acz nie zawsze, jeździł z nami "niby po przyjacielsku", jeden z oficerów SB, którego notatki z wyjazdów odnalazłem w archiwach IPN (nawet jestem w nich wymieniony jako kilkuletnie dziecko - co dziś wzbudza jedynie śmiech). Do tego dodam, a działacze "Solidarności" mogą potwierdzić to, bo sami mi o tym opowiadali, że w momentach przełomowych mój Ojciec ukrywał ich materiały, maszyny do pisania, itd. Czy tak robiły osoby wspierające PRL i PZPR? W pracy zaś mój Ojciec osiągał kolejne awanse jako osoba bezpartyjna. Po zapisaniu się do partii nie wspiął się już na żadne wyższe stanowisko. 

Paranoją jest pisanie, że moja rodzina wspierała PRL lub PZPR. Podam inny przykład w 1989 r. podczas wyborów czerwcowych w komisji wyborczej, gdzie pracował mój Ojciec na PZPR padło najmniej głosów w całych Chojnicach, najmniej też oddano kart do głosowania, które wcześniej pobrali wyborcy. To znaczy dokonano tam wolty wyborów - szczególnie tzw. listy krajowej - czyli tej z której startowali dygnitarze PRL. Nikt z mojej bliskiej rodziny nie startował w żadnych pozorowanych wyborach do organów miejskich, ani partyjnych w okresie PRL. W rodzinie tylko mój Ojciec należał do PZPR od lat 80. XX w., nikt z tego nie był zadowolony, ale wszyscy starali się to zrozumieć. Mój Ojciec był osobą głęboko i szczerze wierzącą i reżim komunistyczny był dla Niego wcieleniem zła. Stał całkowicie w sprzeczności z Jego światopoglądem.

Jeśli ktoś jeszcze będzie pisał publicznie, że moja rodzina wspierała PZPR lub PRL, to będzie się musiał zderzyć z faktami i zebranymi przeze mnie dokumentami w Sądzie. Uważam, takie wypowiedzi za szkalujące nie tylko mnie, ale i moją rodzinę w sensie całościowym. Komuna dla mojej rodziny to był wróg numer 1. Wiele mógłbym na ten temat opowiadać. Przypuszczam, że historia mojej rodziny nie jest unikatowa w żadnym aspekcie i podobne losy miały setki lub tysiące chojnickich rodzin. 

PRL i PZPR wspierały dzieci reżimowe - do dziś na stanowiskach, w kręgach władzy, są dzieci rzeczywistych działaczy partyjnych przywiezionych w 1945 r. w teczce do Chojnic przez tzw. Rząd Lubelski. Proszę zdać sobie wreszcie sprawę, że całe ziemiaństwo ziemi chojnickiej zostało zmiecione z własności ziemskiej w ciągu około dwóch miesięcy - kwietnia i maja 1945 r. pod nadzorem NKWD i Armii Czerwonej oraz UB  - w tym procesie zabrano też majątek mojej rodzinie na Kaszubach. Ten proces znacząco zmienił strukturę społeczną, a dalej strukturę władzy w Chojnicach i na ziemi chojnickiej (podobnie jak w całej Polsce). W 1989 r. dokonała się tylko częściowa wymiana elit, ale częściowa, nie całościowa. Jej efektem jest to, że doszło do reprodukcji elit w nowych warunkach. Doszło do rozszczepienia elity politycznej PRL i teraz mamy dzieci tych elit w elitach kultury, nauki, sztuki, politycznych i innych w mieście. Przecież mógłbym podać wiele nazwisk ze świata biznesu i polityki osób, których rodzice i dziadkowie rzeczywiście budowali PRL, ale jaki to ma sens?

Pomimo tego, że jestem dociekliwy i uważam, że nasze dzieje lokalne należy ukazywać w świetle naukowej oceny, to jest jednak pewna granica zrozumienia - osobiście rozumiem, że dzieci komunistów miały lepsze możliwości w PRL, lepszy start, więcej możliwości. Stąd dziś mają często lepsze stanowiska, więcej pieniędzy, itd. Nic nadzwyczajnego, ale kijem rzeki nie zawrócimy. 

Podsumowując - jeśli piszecie publicznie o mojej rodzinie, to bądźcie ostrożni, bo naprawdę będę bronił jej dobrego imienia i karty w Sądzie. W zasadzie jeśli ktoś jest zainteresowany tak bardzo moimi dziejami, dziejami mojej rodziny, to zapraszam na kawę i z chęcią wszystko opowiem i przedstawię dokumenty. Nie mam nic do ukrycia. 

środa, 19 kwietnia 2017

Samorządowa karuzela

PiS wycofuje się z reformy ordynacji wyborczej, przynajmniej w aspekcie dwukadencyjności. Nie jest to dobra wiadomość. O ile można dyskutować nad dwukadencyjnością wsteczną, to z pewnością istnieje konieczność ograniczenia kadencji do dwóch na poziomie samorządów w Polsce. Bez tego nie będzie żadnej cyrkulacji elit w środowiskach lokalnych, czyli dojdzie do dalszego betonowania lokalnych scen politycznych i układów gospodarczych w całej Polsce. Nie dorośliśmy swoją kulturą polityczną do tego, abyśmy mogli sobie pozwolić na brak kadencyjności. Polskie samorządy tkwią w praktykach postkomunizmu, wiem, powtarzam to jak mantrę, ale to jest zjawisko empirycznie potwierdzone. Brak kadencyjności to dobre rozwiązanie dla państw o skonsolidowanej (ugruntowanej) demokracji, gdzie istnieją nawet na poziomie lokalnym, chociaż dwa przeciwstawne sobie opcje polityczne, alternatywy w zakresie działań, prowadzenia polityk, itd. Niestety, tego nie dostrzegam w Polsce lokalnej. Na zaścianku twardą ręką rządzi jedna opcja. Przecież, czy kogoś zdziwi to, jak powiem, iż ludzie władzy w Chojnicach jeszcze niedawno mówili w cztery oczy swoim znajomym (i moim!), cytuję: "Wałdoch w Chojnicach nigdy nie znajdzie pracy". Tak się płaci w lokalnych uwarunkowaniach za tworzenie opozycji. 

Nie ma się co zrażać, nawet jeśli pozostaniemy przy status quo legislacyjnym, to jedynie w aktywności obywateli będzie leżeć szansa na zmianę chojnickiej i polskiej rzeczywistości. Nie musimy czekać na rozwiązania prawne, tylko tworzyć organizacje, podobne do PChS, które będą ogniskiem rzeczywistej pracy na rzecz samorządów i stworzą kontrkoncepcje wobec propozycji obozu władzy. 

Wiem, wiem...nudy i bajania. Komu się chce, prawda? Niestety, od 10 lat uczestniczę w życiu społeczno-politycznym w Chojnicach i jest więcej barier niż możliwości. Z czystego konformizmu obywatele chowają głowy w piasek i godzą się na brodzenie w lokalnych układach przez które pośrednio lub bezpośrednio są wyzyskiwani. Może, ja też mam machnąć na to ręką? 

niedziela, 16 kwietnia 2017

Niespełniona obietnica

We wrześniu 2016 r. podałem mediom temat problemu z ogrodzeniem, które jest zbyt niskie, przy boisku Orlik na Osiedlu Kolejarz. Piłki wpadają na posesje sąsiednich działek, niszczą mienie i stanowią jednak jakieś zagrożenie. Niektórzy naprawdę nieźle kopią piłkę, więc osiąga wysokie prędkości. 

Od września minęło ponad pół roku, zima minęła dawno, siatek nie widać. 

Odsyłam do artykułu na chojnice24.pl i oczekuję jako mieszkaniec, obecnie piłkarz-amator, że wreszcie te siatki zostaną podwyższone: http://chojnice24.pl/artykul/23354/bedzie-wyzsza-siatka-na-orliku/

czwartek, 13 kwietnia 2017

Co z ruskimi "doktoratami"?


Dlaczego pośrednio? Dlatego, że uważam casus Finstera za drobny element poważnego zjawiska. Stąd cieszy mnie to, że poseł na Sejm RP Dorota Arciszewska-Mielewczyk złożyła interpelację do ministra nauki i szkolnictwa wyższego wicepremiera Jarosława Gowina w sprawie uznawalności w Polsce stopni i tytułów naukowych, które przywieziono do Polski z ZSRS i Federacji Rosyjskiej oraz były republik w latach 1972-2014. Obecny stan wymaga poważnej rozwagi i regulacji prawnej. Można być chyba zgodnym, że bez nostryfikacji na polskiej uczelni, stopnie i tytuły z ZSRS nie odpowiadają żadnym polskimi i zachodnim normom. Wystarczy przyjrzeć się tym rzekomym "doktoratom", która można dosłownie uznać ze "sklejone", a liczba przypisów w nich oscylująca wokół 40, drobna bibliografia z kilkudziesięcioma tytułami i brak stosowania norm i ususów, stawia pod znakiem zapytania zagadnienie - czy państwo polskie stać na wpuszczanie w świat nauki przedstawicieli takiej "jakości". No i jak to się ma do rzeczywistego kosztu, nakładów i wysiłków osób, które rzeczywiście poświęciły się nauce? Czas tę sprawę wyjaśnić i liczę na to, że jest to dobry krok. Działanie to nie jest dyktowane niczym innym, jak dbałością o jakość nauki oraz o warunku równych szans dla wszystkich Polaków, którzy niestety zderzają się często w wielu sferach życia z nieuczciwymi praktykami tych, którzy posiadają władzę i pieniądze. 

Pod tym adresem znajduje się treść interpelacji we wskazanej sprawie, a poniżej wstawiłem skopiowany ze stron sejmowych tekst tej interpelacji. 

Interpelacja nr 11323

do ministra nauki i szkolnictwa wyższego
w sprawie uznawania przez Rzeczpospolitą Polską stopni i tytułów naukowych przywiezionych do Polski w latach 1972-2004 z ZSRS na podstawie tzw. konwencji praskiej
Zgłaszający: Dorota Arciszewska-Mielewczyk
Data wpływu: 21-03-2017
Szanowny Panie Ministrze,
składam na Pańskie ręce interpelację w sprawie aktów prawnych dotyczących uznawania wykształcenia, stricte zaś w przedmiocie uznawania stopni i tytułów naukowych przywiezionych do Polski w latach 1972-2004 z ZSRS na podstawie tzw. Konwencji Praskiej.
W 1972 r. rząd Polskiej Republiki Ludowej podpisał z władzami Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich tzw. Konwencję o wzajemnym uznawaniu równoważności dokumentów ukończenia szkół średnich, szkół średnich zawodowych oraz szkół wyższych, a także dokumentów o nadawaniu stopni i tytułów naukowych, sporządzona w Pradze dnia 7 czerwca 1972 r. Konwencja ta nazywana jest w polskim środowisku naukowym Konwencją Praską i stała się synonimem braku jakości i rzetelności u osób, które do Polski przywiozły swoje stopnie i tytuły naukowe z byłych republik ZSRS. Obecnie konwencja ta już nie obowiązuje od 2004 r. Konwencja Praska została wypowiedziana przez Rząd Rzeczypospolitej Polskiej z dniem 6 sierpnia 2004 r. na podstawie Dokumentu Wypowiedzenia Konwencji o wzajemnym uznawaniu równoważności dokumentów ukończenia szkół średnich, szkół średnich zawodowych i szkół wyższych, a także dokumentów o nadawaniu stopni i tytułów naukowych, sporządzonej w Pradze dnia 7 czerwca 1972 r. Z powyższego dokumentu wynikało, według wykładni prawa polskiego, że w Polsce nie można uznawać świadectw, dyplomów, stopni i tytułów naukowych, które zostały uzyskane na podstawie Konwencji Praskiej. Oznacza to, że po wejściu w życie Dokumentu Wypowiedzenia Konwencji, wszystkie świadectwa, dyplomy, stopnie i tytuły naukowe zdobyte na terenie ZSRS tracą w Polsce swoją ważność. Niestety, w Polsce, w rzeczywistości życia naukowego i społecznego niewiele się zmieniło od czasu wypowiedzenia przez Polskę Konwencji Praskiej w 2004 r. Dotąd bowiem automatycznie i domyślnie – zupełnie bezprawnie – na polskich uczelniach, w szkołach wyższych, zatrudnia się osoby ze stopniami i tytułami naukowymi zdobytymi w ZSRS i uznanymi w PRL i w RP na podstawie Konwencji Praskiej w latach 1972-2004. Osoby, które legitymują się takimi stopniami i tytułami naukowymi, a nigdy w Polsce nie przeszły procesu nostryfikacji w polskiej jednostce naukowo – badawczej, uprawnionej do nadawania takiego stopnia lub tytułu naukowego, winny być zobligowane do przejścia polskiej procedury nostryfikacji, czyli do złożenia wymaganych prawem egzaminów oraz przejścia procedury związanej z otwarciem przewodu doktorskiego bądź habilitacyjnego, zgodnie z wymogami, jakie obowiązywały w Polsce w roku w którym osoby te uzyskały swój stopień bądź tytuł naukowy w ZSRS. W innym razie wszystkie takie osoby powinny być pozbawione prawa do posługiwania się w sferze publicznej stopniami i tytułami naukowymi, które zostały w PRL i w RP uznane wcześniej na podstawie Konwencji Praskiej.
W trosce o jakość nauczania polskich studentów, mając na względzie prace, które Pan Minister Jarosław Gowin prowadzi wraz z polskich środowiskiem naukowców nad reformą szkolnictwa wyższego i procedur nadawania stopni i tytułów naukowych, proszę o uwzględnienie konieczności uregulowania w Polsce statusu osób ze stopniami i tytułami naukowymi zdobytymi w ZSRS w okresie obowiązywania Konwencji Praskiej. Obecny stan, czyli zatrudnianie na polskich uczelniach oraz ciche przyzwolenie na posługiwanie się w sferze publicznej stopniami i tytułami naukowymi zdobytymi, a często po prostu kupionymi, w ZSRS, a które nie były nigdy nostryfikowane na polskich uczelniach negatywnie rzutuje na stan polskiej nauki w odczuciu środowisk naukowych, jak i w moim własnym. Poza charakterem interwencyjnym w powyższej sprawie, pragnę jeszcze skierować do Pana Ministra następujące pytania:
- Jakiej liczby zatrudnionych w polskich szkołach wyższych dotyczy opisane przeze mnie zjawisko? Ilu więc zatrudniamy doktorów i doktorów habilitowanych oraz profesorów, którzy przywieźli do Polski swoje wątpliwe stopnie i tytuły?
- Czy Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego już reagowało w powyższej sprawie?
Łączę wyrazy szacunku,
Dorota Arciszewska-Mielewczyk
Poseł na Sejm RP

AKTUALIZACJA:

Złożono odpowiedź na interpelację Pani Poseł Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk. Wyjaśnia ona stan prawny, potwierdza, że osoby posługujące się stopniami i tytułami zdobytymi w ZSRS nie przechodziły nostryfikacji na polskich uczelniach, bo nie musiały wg Konwencji Praskiej. Problem jednak nie znika, choć jasnym jestem, że z latami zniknie zupełnie. Jak się okazuje ponad 500 osób pracuje w polskiej nauce, osób, które uzyskały stopień lub tytuł w ZSRS i na tej podstawie posługują się tytułem w Polsce. Okazuje się, że to ok. 0,5% zatrudnionych osób w polskiej nauce. Dużo? Mało? Nie wiem, jeśli wszyscy mieli "doktorat" na poziomie pracy Arseniusza Finstera, to wydaje mi się, że to bardzo wiele...Zapraszam do zapoznania się z odpowiedzią na interpelację, wklejam ją poniżej:

Odpowiedź na interpelację nr 11323

w sprawie uznawania przez Rzeczpospolitą Polską stopni i tytułów naukowych przywiezionych do Polski w latach 1972-2004 z ZSRS na podstawie tzw. konwencji praskiej
Odpowiadający: sekretarz stanu w Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego Aleksander Bobko
Warszawa, 19-04-2017
Szanowny Panie Marszałku,
w odpowiedzi na interpelację Pani Poseł na Sejm RP Doroty Arciszewskiej-Mielewczyk w sprawie uznawania przez Rzeczpospolitą Polską stopni i tytułów naukowych przywiezionych do Polski w latach 1972-2004 z ZSRR na podstawie tzw. konwencji praskiej (nr 11323), uprzejmie przekazuję poniższe informacje odnoszące się do poszczególnych, zadanych w interpelacji pytań.
Ad. 1. Zgodnie z informacjami zawartymi w Zintegrowanym Systemie Informacji o Nauce i Szkolnictwie Wyższym POL-on i przekazanymi do Ministerstwa, po dokonanej analizie, przez Ośrodek Przetwarzania Informacji-Państwowy Instytut Badawczy, liczba aktualnie zatrudnionych nauczycieli akademickich i pracowników naukowych w szkołach wyższych, instytutach Polskiej Akademii Nauk oraz instytutach badawczych, którzy uzyskali stopień lub tytuł naukowy w Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich lub w republikach poradzieckich (Armenia, Azerbejdżan, Białoruś, Estonia, Gruzja, Kazachstan, Kirgistan, Litwa, Łotwa, Mołdawia, Rosja, Tadżykistan, Turkmenistan, Ukraina, Uzbekistan) od dnia 7 czerwca 1972 r. do dnia 6 sierpnia 2004 r. wynosi 542 osoby. Liczba powyższa stanowi w przybliżeniu 0,44% wszystkich zatrudnionych nauczycieli akademickich i pracowników naukowych (123 538 osób) - zgodnie z danymi zawartymi w Zintegrowanym Systemie Informacji o Nauce i Szkolnictwie Wyższym POL-on, według stanu na dzień 10 kwietnia 2017 r.
Ad. 2. Na podstawie art. I ust. 3 Konwencji o wzajemnym uznawaniu równoważności dokumentów ukończenia szkół średnich, szkół średnich zawodowych i szkół wyższych, a także dokumentów o nadawaniu stopni naukowych i tytułów naukowych, sporządzonej w Pradze w dniu 7 czerwca 1972 roku (dalej: Konwencja Praska) uznaje się za równoważne dokumenty o nadaniu stopni lub tytułów naukowych według wymienionych w Konwencji poziomów kwalifikacyjnych i zgodnie z obowiązującym w danym kraju ustawodawstwem. Konwencja Praska wypowiedziana została w dniu 12 stycznia 2004 r., ze skutkiem od dnia 6 sierpnia 2004 r., zgodnie z art. V Konwencji. Dokument wypowiedzenia nie odnosi się do kwestii związanych z uznawaniem dokumentów o wykształceniu. Zgodnie z zasadą praw nabytych Polska ma obowiązek uznawania na podstawie bilateralnych lub wielostronnych umów międzynarodowych dokumentów o wykształceniu lub nadaniu stopni naukowych uzyskanych w okresie, gdy pozostawała stroną takiej umowy.
Wobec powyższego wszystkie dokumenty, które zostały wydane w okresie obowiązywania Konwencji Praskiej i spełniają określone w niej warunki, są nadal uznawane za równoważne z ich polskimi odpowiednikami. Posiadacze stopni i tytułów naukowych objętych postanowieniami Konwencji praskiej mogą posługiwać się polskim odpowiednikiem uzyskanego stopnia lub tytułu naukowego i na gruncie prawa polskiego traktowani są na równi z osobami, które stopień lub tytuł naukowy uzyskały w Polsce.
W odniesieniu do możliwości odebrania praw przysługujących osobom legitymującym się dokumentami, do których mają zastosowanie postanowienia Konwencji praskiej należy podkreślić, iż w myśl zasady nieretroaktywności prawa (Lex retro non agit) skuteczne wypowiedzenie umowy przerywa wszystkie zobowiązania o charakterze ciągłym, nie powoduje jednak skutków retroaktywnych i nie narusza stworzonego na podstawie umowy stanu prawnego, czy też praw nabytych postanowieniami umowy. Zasada praw nabytych stanowi uznaną zasadę prawa międzynarodowego. Do wspomnianych kwestii odnosi się również art. 70 ust. 1bKonwencji wiedeńskiej o prawie traktatów, który stanowi, że „jeżeli traktat inaczej nie postanawia lub strony inaczej się nie umówią, wygaśnięcie traktatu na podstawie jego postanowień lub zgodnie z niniejszą konwencją nie wpływa na żadne prawa lub obowiązki ani na sytuację prawną stron, powstałe wskutek wykonywania traktatu przed jego wygaśnięciem”.
Z poważaniem

Karuzela stanowisk?

W okresie komuny nieefektywni dyrektorzy stawali się nieefektownymi ministrami, albo prezesami klubu "Tęcza". Nomenklatura miała zawsze zestaw stanowisk gotowych do obsadzenia dla skompromitowanych w innym miejscu pracy członków światłej przywódczyni narodu (PZPR). Dawno już napisałem, że w Chojnicach stosowana jest praktyka tzw. karuzeli stanowisk. Przypuszczam, że w niedługim czasie będziemy obserwować znaczne przetasowania na lokalnej scenie politycznej w ramach "powiatowej nomenklatury". Niewiele czasu minie, a może dyrektor Leszek Bonna stanie się wiceburmistrzem, były prezes Mariusz Paluch zaś zostanie przez powiatową klikę wstawiony na stanowisko dyrektora Szpitala Specjalistycznego? To jednak nie wszystko...to tylko przygotowanie pod scenariusz "Finstera starosty"? W tym układzie władzy z jakim mamy do czynienia w Chojnicach oczywistym jest zasada - kruk - krukowi oczu nie wydłubie. Choć panowie się nie kochają, to razem zbudowali lokalny postkomunizm, wielu z nich tkwi w głębokich konfliktach interesów vide - spółki działające wokół Szpitala Specjalistycznego. Niestety (!) tylko od lokalnej społeczności będzie zależeć, czy zgodzimy się na takie przetasowania, które w żaden sposób nie wpłyną na rzeczywistą jakość życia w naszym mieście. Opacznie rozumiana zasada "czas na zmiany", wywodzona z okresu PRL, może stać się poważną bolączką Chojnic. Zresztą dowody na takie działania mamy - wystarczy przyjrzeć się składowi Zarządu Powiatu - koledzy zawsze podadzą sobie rękę, bez względu na koszty społeczne i finanse publiczne. 

Przy najbliższych wyborach musimy się zdobyć na społeczną mobilizację, bo bez niej nie uda się nam rozbić tego układu władzy, który sferę publiczną od dawna poddał procesowi prywatyzacji...

środa, 5 kwietnia 2017

Krótka pauza

Nie umknęło pewnie uwadze Czytelników, że wyłączyłem się na kilka tygodni z dyskursu publicznego. Zapowiadam, że wracam do działania. Tak czasami w życiu bywa, że system się przegrzewa. Wkrótce nowe teksty i tematy, których jest wiele. Dostrzegam, jakimi problemem jest dla obywateli tzw. brak responsywności polityków, a z drugiej strony politycy muszą się uporać z nadwyżką informacyjną. Za tydzień kolejna odsłona niejawnego procesu z Finsterem o rzekome pomówienia. Dużo dzieje się wokół szpitala. Ostatnio stworzyłem też dwie interpelacje poselskie, jedna dotyczy telewizji szpitalnych - inicjatywa ma doprowadzić do likwidacji tego systemu płatnych tv w jednostkach lecznictwa, druga to kwestia uznawalności stopni i tytułów przywiezionych do Polski z ZSRS i byłych republik radzieckich w latach 1972-2004. Choć przystopowałem, to nie zarzuciłem działalności. Czasami życie serwuje nam zimny prysznic, po którym jesteśmy jeszcze bardziej rześcy i ochoczy do pracy. 

poniedziałek, 20 marca 2017

Interesujące zagadnienie

Ktoś był uprzejmy mi dziś wskazać sprawę TW "Feliksa", którą ktoś wygrał w Sądzie...ale jaka jest prawda historyczna? Odpowiedź może być interesująca.

czwartek, 16 marca 2017

Paranoja in vitro

Od lat twierdzę, że Finster - obecny burmistrz Chojnic, nie ma zielonego pojęcia, ani o prawie, ani o polityce. Ostatnimi swoimi wypowiedziami utwierdza mnie  w tym osądzie. Mistrzostwo natomiast osiąga w różnych formach manipulacji społeczeństwem. 

Jak się możemy dowiedzieć z mediów chojnickich Arseniusz Finster obiecuje mieszkańcom sponsorowanie przez Miasto zapłodnienie metodą in vitro. Niższych metod sięgania po narzędzia propagandowe w obecnej sytuacji politycznej Finster nie mógł się już chwycić. Słyszałem jak krzyczał na Starym Rynku w Chojnicach,  w trakcie ostatniego protestu żałobników po rządach PO, że Chojnice zagwarantują in vitro. Nie zapominajmy, że Finster szuka "głupich na kajak", czyli tych, którzy pojadą z nim do Warszawy bronić braku kadencyjności foteli wójtów/burmistrzów i prezydentów. Jest to więc tani chwyt, aby zmobilizować swoich stronników, pod płaszczykiem in vitro. Nie pierwszy raz na lokalnej scenie wygrywa się poparcie społeczne bazując na ludzkim nieszczęściu (czyli biologicznym braku możliwości prokreacji). Finster sięga po narzędzia wielkiej polityki, żeby bronić małych (własnych) interesów.

Chciałbym w związku z tym poruszyć dość przyziemne zagadnienia związane z zarządzaniem gminą miejską. Otóż samorząd ma przed sobą do wykonania tzw. listę zadań własnych - ustawowo zadania własne gminy. I tak uważam, że Finster nie gwarantuje satysfakcjonującego obywateli zabezpieczenia wykonania zadań gminy w zakresie nawet podstawowym, ale będzie się "porywał z motyką na księżyc" - czyli na finansowanie in vitro (uważam, że to tylko chwyt socjotechniczny). Do tych zadań w których zakresie Finsterowi i jego ekipie można wiele zarzucić zaliczyć można braki w finansowaniu: ładu przestrzennego, ochrony środowiska, gminnych dróg, placów, ochrony zdrowia (ostatni przypadek ropy błękitnej na basenie), edukacji publicznej (a gdzie przedszkole samorządowe?), kultury (żałosne nakłady finansowe). 

Nie pierwszy raz zaczyna się w Chojnicach od końca. Brakuje tutaj zrozumienia, że to warunki gospodarcze, społeczne, polityczne - składające się na jakość życia w mieście warunkują w dużej mierze stopień rozrodczości. Nie jest przypadkiem, że Polki w Wielkiej Brytanii rodzą więcej dzieci, jak te w Polsce. Dlaczego? Może dlatego, że w Polsce rzadko kto ma pewność jutra. Ludzie pracują na umowach śmieciowych lub za najniższą krajową, albo utrzymują się w szarej strefie. Tylko, czy ten stan życia może zrozumieć burmistrz, który jest prawie 20 lat na urlopie bezpłatnym i pobiera kilkanaście tysięcy złotych pensji każdego miesiąca? Nie, taki burmistrz myśli o zachowaniu swojego stołka poprzez obietnice in vitro, choć wiele pozostawia do życzenia stopień wypełnienia zadań własnych gminy w zakresach podstawowych, które wskazuje ustawodawca. Przypomnę, Miasto nie miało środków żeby utrzymać przedszkole samorządowe, Miasto nie miało środków, żeby utrzymać szalet publiczny, brak torebek na psie kupy w koszach na śmieci...Lista jest naprawdę długa. Jestem też ciekaw, czy tak rozrzutny burmistrz zwolni od podatku od nieruchomości Szpital Specjalistyczny w Chojnicach?

Uważam, że to co proponuje Finster, to jest jakaś paranoja polityczna. Niech najpierw Miasto zadba o wypełnianie zadań, jakie na gminę nałożył ustawodawca, a potem rozmawiajmy o in vitro i innych metodach uszczęśliwiania ludzi. 

sobota, 11 marca 2017

Wniosek bez reakcji wymaga akcji

Zostałem znowu okrzyczany donosicielem w mediach, a na forach odżegnanym od czci "małym człowieczkiem", bo zgłosiłem sprawę handlu papierosami w szpitalu chojnickim zarówno do prokuratury jak i na Policję.

Otóż pragnę poinformować, że MIESIĄC wcześniej informowałem przewodniczącego Rady Społecznej, chojnickiego wicestarostę o problemie związanym z papierosami w chojnickim szpitalu, wskazując, że na terenie tego zakładu pracy nie można palić papierosów. I co więcej, napisałem wprost, że proponuję, aby ustawić specjalną kabinę dla palaczy w Szpitalu Specjalistycznym. Mam też na tę okoliczność stosowny dowód w postaci maila, którego wysłałem do Starostwa Powiatowego, do p. Marka Szczepańskiego, a na którego nigdy nie dostałem odpowiedzi. Ponieważ przez MIESIĄC nikt nie reagował na mojego maila, to postanowiłem działać. Mi się wydaje, że wykazałem się nad wyraz liberalną postawą, którą wobec mnie moi przeciwnicy nie wykazali się nigdy. Dlatego proszę o stonowanie ataków na mnie, bo są one bezpodstawne. Powtarzam o sprawie informowałem jednostkę tworzącą szpital, tj. Powiat Chojnicki i przewodniczącego Rady Społecznej Szpitala Specjalistycznego w Chojnicach, tj. p. Marka Szczepańskiego. 

od:Marcin Wałdoch marcin.waldoch@gmail.com
do:zdrowie@powiat.chojnice.pl
data:11 lutego 2017 08:42
temat:Wniosek do p. Marka Szczepańskiego
wysłana przez:gmail.com

Marcin Wałdoch marcin.waldoch@gmail.com

11 lut
do zdrowie
Dzień dobry!

Szanowny Panie Przewodniczący,

proszę o przygotowanie do przedłożenia na najbliższej
Radzie Społecznej,wniosku o postawienie kabiny
 dla palaczy, tzw. palarni autonomicznej
 na terenie chojnickiego szpitala.
Z jednej strony obowiązują przepisy
 o zakazie palenia na terenie zakładu pracy,
 z drugiej strony pacjenci
 uzależnieni winni mieć możliwość palenia
 w miejscu do tego
przeznaczonym, a nie na schodach szpitala. 

dr Marcin Wałdoch

piątek, 10 marca 2017

Chojnicka Omerta

Omerta to zmowa milczenia sycylijskiej mafii. Uważam, że pewną zmowę milczenia mają ludzie układu gospodarczo-politycznego w Chojnicach. Jest to grono osób, które dość łatwo wyodrębnić. Grono osób, które wzajemnie chroni swoje brudne, wielomilionowe, biznesy dokonywane często nie tylko na granicy prawa, ale i z jego pogwałceniem. Jest to tak silna grupa, że jej działania w obrębie tzw. konfliktu interesów w ogóle nie są, lub tylko sporadycznie, komentowane przez lokalne media.

Największy lokalny tygodnik w ogóle nie zajmuje się sprawami społecznie istotnymi. Tabloidyzacja w którą popadł sprowadza się do zdjęć ze studniówek, wypadków i kolejnych godów sędziwych jubilatów. Media w Chojnicach ciągle mają wiele do zrobienia. Poza krytycznie nastawionym do rzeczywistości www.chojnice24.pl, mamy niestety wiernopoddańczy www.chojnice.com, który finansowany jest w dużej mierze przez Miasto, nadto "Chojniczanina", czyli kolejną propagandówkę ratusza. Jest "Gazeta Pomorska", która niejednokrotnie łamała Omertę i jest upadły lokalny "Fakt", czyli "Czas Chojnic". Mamy też rozgłośnię radiową, która coraz częściej potrafi przyjmować rolę neutralną, ale ciągle w Chojnicach nie mamy dziennikarstwa śledczego. Po prostu ono nie istnieje, poza sporadycznymi artykułami, bo do tego potrzebna jest determinacja, rzetelność, odwaga i ogromna wiedza o warunkach lokalnych. No, a niestety, ci którzy mają wiedzę o lokalnych relacjach, to tkwią w Omercie, przykładając rękę do zubożenia mieszkańców i patologizacji życia na styku polityki i gospodarki. 

Znaczenie Omerty jest potężne. Zakładając, że w zmowie milczenia może być w danej społeczności policjant, ksiądz, lekarz, nauczyciel, burmistrz i sędzia, to nie ma możliwości na jakąkolwiek sprawiedliwość. Niestety obserwując od lat Chojnice jestem już pewien. Omerta ma w mieście ogromne znaczenie i dopóki nie dojdzie w pewnych osobowościach do etycznego - metalnego przełomu, to o realnych zmianach politycznych w mieście możemy zapomnieć. Po prostu tkwimy w tym po uszy. Żałuję, że wiele rodzin chojnickiej Omerty nie rozumie, że na długą metę nie można się bogacić na ludziach biednych, bo to jest po prostu fizycznie niemożliwe. Dojdzie do "biologicznej zagłady" wyzyskiwanej tkanki. Jak czytam w mediach, że Finster planuje powołać jakiś kolejny "niby-twór" pod nazwą Komitet ds. Rewitalizacji, żeby, jak sam opowiada "wniknąć w tkankę społeczną", to jestem przekonany, że najlepszą możliwą opcją dla każdego ceniącego wolność i własne zdrowie jest trzymanie się z daleka od inicjatyw Finstera. Magister inżynier Finster jedyne co potrafi, to z oślim uporem zacieśniać krąg Omerty przy subordynowaniu swoich siłowników do podporządkowania sobie mieszkańców w każdej możliwej sferze życia. Wiele pisałem o siłownikach, o utracjuszach chojnickich o lokalnym biznesie, ale ciągle mi brakowało tego słowa klucza, tak, to jest Omerta. 

Liczę, że sumienia to nie są bezdenne studnie. Powoli "ludzki pierwiastek", dostrzegam w kolejnych aktorach politycznych. Czekam na więcej. Jeśli ludzie układu gospodarczo-politycznego nie złamią Omerty, to wkrótce nie będą mieli przeciwko komu spiskować...bo w Chojnicach zamiast "tkanki społecznej" pozostaną jedynie emeryci i renciści, którzy miast wszelkiej rewitalizacji - chcą przysłowiowego "świętego spokoju".