wtorek, 14 stycznia 2014

O chojnickiej prawicy i lewicy

Podziału na polityczną lewicę i prawicę można się doszukiwać właściwie od zarania politycznych dziejów ludzkości. Jedni upatrują początków tego podziału w Wielkiej Brytanii inni we Francji. Choć ten podział zdaje się być już obecny w jaskiniach, pomiędzy tymi którzy chcieli zmian, a tymi którzy przeciwko nim oponowali. Tak to się utarło stereotypowo w myśleniu, prawica - zabezpiecza status quo, lewica - dąży do zmian.

Więc gdzie jest dziś chojnicka prawica? Ruchy prawicowe tradycyjnie w Polsce utożsamiane z ideami obrony wiary głoszonej przez Kościół katolicki, z osobą Romana Dmowskiego i współczesnymi ruchami takimi jak Prawo i Sprawiedliwość, Obóz Narodowo Radykalny, Narodowe Odrodzenie Polski, Młodzież Wszechpolska itd. nie znajdują w Chojnicach poza PiS-em swej reprezentacji na scenie politycznej. Do tych ugrupowań można też zaliczyć Unię Polityki Realnej i Kongres Nowej Prawicy. KNP ma reprezentację nawet w Radzie Miejskiej. Z lokalnego podwórka należy jeszcze wspomnieć Chrześcijański Ruch Samorządowy na czele z Andrzejem Mielke. Kiedyś mieliśmy jeszcze Wyborcze Forum Samorządowe, rozczłonkowane na części pierwsze w wyniku politycznych walk wewnętrznych. 

Kto dziś jest w chojnickiej prawicy. Czy Marcin Wałdoch to prawica? Bo często sam tak o sobie czytam w mediach "lokalny polityk prawicowy". 

Nie jest łatwo odnaleźć się na scenie politycznej, a bardzo trudno wskazać swoje miejsce w skali lokalnej. Z czego wynika ta problematyczna sytuacja? Przede wszystkim z wielkich sprzeczności.

W Chojnicach byli PZPR-owcy, dawni ludzie ORMO, a później członkowie SdRP i SLD chodzą po mieście w czasie świąt Kościoła katolickiego niosąc Krzyż. Najzagorzalsza lewica chojnicka okazuje się dziś najbardziej zachowawczym środowiskiem na lokalnej scenie. Dawni działacze SIS "Samorządni" w pewnej mierze dziś stali się "bezpiecznikami" systemu jaki zapanował w naszym mieście. 

Prawica natomiast skupia się wokół inicjatyw dążących do radykalnych zmian i otwarcia społeczeństwa. Choć, co wręcz może się wydawać niejednym niewiarygodne, robi to w sojuszu ze środowiskami skrajnie lewicowymi, ale młodszego pokolenia nie mającego konotacji z dawnym systemem PRL-owskim. 

Na pierwszy rzut oka chaos. Ideologiczna gmatwanina. Śpieszę z wyjaśnieniami. Środowiska działaczy społecznych (i nie tylko) skupione w i wokół PChS-u to mieszanka ludzi o bardzo rozbieżnych poglądach na bazie ideologicznej, wspólny mianownik to społeczeństwo obywatelskie - otwarte. To zdaje się odrzucenie ideologicznych sporów "wielkiej polityki" poza nawias debaty na szczeblu samorządowym. Widać więc jasno i wyraźnie, że środowiska PChS -u jednoczy mianownik pracy na rzecz lokalnej wspólnoty, kiedy pozostałe środowiska twardo stoją na stanowiskach ideologicznych zabezpieczonych przez myśl polityczną wielkich obozów politycznych, stając się de facto lokalnymi pariasami cudzych myśli nie przystających do lokalnego podwórka. 

Jestem w partii Prawo i Sprawiedliwość, a jednocześnie jestem członkiem założycielem PChS. Czy można mnie okreslić jako prawicowca? Uważam, że tak, ale tylko na płaszczyźnie rozumienia prawicowej interpretacji historii Polski. Wszystkie inne płaszczyzny - polityki gospodarczej i społecznej to płaszczyzny na w których jestem na poziomie lokalnym skrajnym lewicowcem. Ale według mojej interpretacji, i nie tylko mojej, cała katolicka nauka społeczna to skrajna lewicowość. 

I nie jestem ewenementem w skali tego miasta stojąc pomiędzy lewicą i prawicą. Kiedy patrzę na postawy i wypowiedzi Radka Sawickiego, to uważam go za skrajnego prawicowca odnośnie polityki historycznej, kiedy patrzę na Andrzej Mielke widzę w nim skrajną lewicę odnośnie (dawnych) działań pro społecznych. Kiedy słucham Zbigniewa Reszkowskiego jest to dla mnie lewica w czystej postaci socjalistycznej. Prawicowość Krzysztofa Haliżaka z KNP wydaje się niepodważalna do momentu kiedy nie przeanalizujemy jego wypowiedzi wskazujących na wrażliwość społeczną i dbałość o dobro publiczne. Kiedy słucham lub czytam wypowiedzi kolegów z PiS - Wojtka Rolbieckiego, Bartosza Blumy czy Aleksandra Mrówczyńskiego jest to skrajna lewicowość w wymiarze polityki społecznej i gospodarczej, a prawicowość zaledwie w sferze obyczajowości i przywiązania do instytucji kościelnych (podobnie jak u Andrzej Mielke). Ale to przywiązanie do Kościoła katolickiego wykazuje też Arseniusz Finster, Stanisław Skaja i inne lewicowe tuzy, dawnej związane z SLD i ogólnie obozem postkomunistycznym (poza niezłomnym komunistą Antonim Szlangą oczywiście). 

Dlatego na chojnickim podwórku nie ma sensu mówienie o prawicy i lewicy. Na poziomie lokalnym linia podziału biegnie zupełnie gdzie indziej i inaczej powinna być zdefiniowana. Przede wszystkim mamy obóz władzy - więc krąg osób dążących od lat do zabezpieczania swej strefy wpływu i poszerzenia grup interesu (których nazwać można, nie inaczej jak KONSERWATYSTAMI, ujmuje postkomunę, i spadki z liberałów na poziomie rozumienia liberalizmu w skali państwa), oraz obóz postępowców (których można nazwać LIBERAŁAMI, włączając w to skrzydło socjaldemokratyczne, libertariańskie - więc skrajnie prawicowe i anarchistów, więc skrajnie lewicowe ) - dążących do zmian.Z takim podziałem wielu się nie zgodzi, ale przedstawię do tego teoretyczną argumentację. Kiedy w ten sposób spojrzymy na chojnicką scenę polityczną, szczególnie na poziomie miasta to podział wygląda tak (wymienię tylko główne postaci):

KONSERWATYŚCI:
Arseniusz Finster, Mirosław Janowski, Bogdan Kuffel, Stanisław Kowalik, Antoni Szlanga, Leszek Pepliński, Andrzej Mielke, Edward Pietrzyk, Jan Zieliński.

LIBERAŁOWIE:
Radek Sawicki, Mariusz Brunka, Jacek Studziński, Marzenna Osowicka, Krzysztof Haliżak, Marcin Wałdoch.

Gdzie w tym podziale jest PiS? Otóż PiS w Chojnicach to polityczne CENTRUM, generalnie wypadające z bieżącej debaty samorządowej przez wzgląd na brak wyraźnego stanowiska w wielu sprawach. Możemy powiedzieć, że prowadzą politykę balansu od konserwatyzmu po liberalne ataki na zastaną sytuację. Należą do niego moi koledzy z Rady Miejskiej z Barkiem Blumą na czele.

Dlaczego taki podział? 

Otóż liberalizm wiąże się z: dążeniem do wyrównywania szans, wskazywaniem na sprawiedliwość społeczną, próbą kompensowania nierówności społecznych, subsydiowaniem indywidualnych wyborów, polityka równości - egalitarnym konceptem społeczeństwa, tworzeniem podstaw opiekuńczości, dążeniem do transparentności działań, likwidowaniem strukturalnych dystansów pomiędzy rządzącymi a rządzonymi, znoszeniem obciążeń podatkowych, zachętą do przedsiębiorczości i samodzielności (pomimo podtrzymania postulatu o opiekuńczości), wolnością obyczajową, demokracją bezpośrednią, laicyzacja życia politycznego.

Konserwatyzm natomiast łączy się z: dążeniem do umacniania i zachowywania - konserwowania zastanych stosunków społecznych, pojęciem silnej - autorytarnej władzy i koncepcji społeczeństwa opartego na elicie (na którą obóz konserwy zdążył się w Chojnicach na barkach Finstera wypromować), demokracją pośrednią, silny związek z religią i dominującym kościołem, skłonność do wskazywania i kreowania autorytetów lokalnych i lokalnie pożądanych wartości i postaw (zabezpieczających zastany "ład"). 


Zaproponowany przeze mnie podział odpowiada chojnickim realiom politycznym i nie ukrywam, że mnie samego zaskakuje. Otóż dawni komuniści to dziś konserwatyści w wymiarze lokalnym. A do liberałów zaliczyć można nawet tak zwaną prawicę. 

Oczywiście metkowanie na liberałów i konserwatystów jest pewną redukcją rzeczywistości, ale nie większą jak utarte (i na poziomie wyjaśniania niesprawdzające się) mówienie o "prawicy i lewicy". Mamy więc w Chojnicach środowiska liberalne i konserwatywne, co śmieszne nie można zaproponować innego podziału nawet w oparciu o poglądy na gospodarkę, bowiem tej nie nadamy ustroju na poziomie miasta, nie mamy do tego narzędzi. Możemy jedynie kreować rozwiązania sprzyjąjące postawom liberalnym bądź konserwatywnym. Jestem za tymi liberalnymi, postępowymi, otwierającymi władzę na społeczeństwo i włączającymi w obieg polityczny lokalnej wspólnoty jak największą ilość rzutkich i światłych osób, których (nie ma się co oszukiwać) w chojnickiej polityce jest ciągły deficyt, ale to przypadłość większości małych miast, a szczególnie tych, gdzie dominują postawy konserwatywne - zachowawcze.

Mało kto pewnie z wymienionych i ich stronników zgodzi się z moją propozycją podziału sceny w Chojnicach, ale w perspektywie filozofii politycznej i rozważań teoretycznych nad lokalnym wymiarem polityki tak to właśnie na dziś wygląda :) I nawet jeśli ktoś będzie się upierał przy nazewnictwie - lewica i prawica, to musi być świadomy, że pojęcia te zatraciły swoje znaczenie w Chojnicach. Bo to co oznacza, nawet w powszechnym rozumieniu lewica - jest dziś de facto prawicą i na odwrót. Scena polityki lokalnej nie odzwierciedla stanu w skali państwowej i nie może być tak definiowana.

Niemniej przede wszystkim dziennikarze lokalnych mediów powinni przestać wprowadzać mieszkańców w błąd mówiąc lewica - o tych którzy noszą Krzyż i zabezpieczają układ budowany od lat, i prawica na tych, którzy dążą do zmian pro - społecznych i demokracji bezpośredniej.



niedziela, 12 stycznia 2014

Globalizacja a Chojnice

Wiele słyszymy o globalizacji. Czym ona jest? Przede wszystkim stanowi procesy unifikujące - spłaszczające różnorodność w szczególności w znaczeniu kapitału zrównującego wszystko do znaczenia towaru, który dziś można kupić w Chojnicach, jutro sprzedać w Singapurze. Nawet jeśli de facto to co kupiliśmy nie ma odpowiednika w fizycznej postaci. Ostatnie teorie globalizacji nie pozostawiają złudzeń, świat zaczyna kierować się ku wytwarzaniu centrów wielkiego przemysłu, a wokół nich, czy przy nich powstają ogromne Megapolis, o których mój znajomy mówi, że przejmą wkrótce rolę państw, usamodzielnią się po prostu ustrojowo od znanych nam dziś państw. Megapolis będą stanowiły też centra decyzyjne wpływające na alokacje kapitałową, ukierunkowaną przede wszystkim na inwestycje w wysokie technologie i nie będzie miała znaczenia, geograficzna lokacja tych inwestycji. To stanowi z jednej strony szansę, z drugiej zagrożenie dla małych miejscowości w globalizującym się świecie. Szansa to możliwość uzysakania wielkiego kapitału na wytwarzanie czegoś, co będzie się sprzedawać w świecie, zagrożenie to odrzucenie przez kapitalizm wysiłku związanych z próbą dostania się do obiegu światowego kapitału przez obszary peryferyjne takie jak...Chojnice.

Inną płaszczyzną globalizacji jest kultura, która paradoksalnie, pomimo względnego sukcesu jej pop wymiaru, staje się przede wszystkim przekaźnikiem wszelakich wartości cywilizacyjnych i kulturowych, które mieszają się z potężną częstotliwością wpływając na nasze postawy i wybory. Świat więc staje się mniej dogmatyczny, bardziej relatywistyczny i dopuszczający różnorodność z jednej strony, ale w wymiarze lokalnym trwa jednocześnie proces zacieśniania wierzeń, więzów, stereotypów, które podtrzymują zbiorową tożsamość wspólnoty niedostosowanej do wyzwań ekonomicznych związanych z globalizacją. Ten proces podtrzymywany jest w sferze publicznej przez władze lokalne, gdyż stanowi zabezpieczenie przed identycznym wyzwaniem braku warunków do bytu tak dla lokalnej władzy jak i społeczności w zderzeniu z globalizującym się światem. Mieszkańcy nie chcą konfrontować się z nowoczesnością, a władza nie ma koncepcji na tę konfrontację w wymiarze perspektywy wspólnotowej. Więc od poziomu jednostkowego po wymiar polityczny trwa proces wyparcia, mechanizmów które wspólnotę tę dawno ogarnęły. Przyśpieszając jednocześnie nieuchronne - porażkę w dłuższej perspektywie. 

Tworzenie Miejskich Okręgów Funkcjonalnych (MOF), który w przypadku Chojnic ma objąć oprócz naszego miasta też Człuchów to ładowanie pieniędzy w podtrzymanie trupa przy życiu. Jest to proces dalszego wpędzania wspólnot lokalnych w politykę kredytową - konieczną do przeprowadzenia wielomilionowych inwestycji publicznych. De facto wspólnoty te rezygnują z jakiejkolwiek szansy na samodzielność tak w wymiarze polityki strategicznej związanej z ich przyszłością jak i w perspektywie szans na wykreowanie "inności" dającej się sprzedać w globalizacji. 

Pomimo istnienia dwóch czynników globalizacji - unifikującego ekonomicznie (ale nie wyrównującego stan posiadania, czy siłę popytu, a raczej unifikującego w ramach systemu, dającego się zarządzać centralnie) i dywersyfikującego kulturowo (różnicującego i ujawniającego swoistości lokalne i regionalne), Chojnice stały się miastem, które przestało być samorządną wspólnotą. Zresztą proces ten dotyczy nie tylko Chojnic. Przestajemy cokolwiek wytwarzać, nie mamy produktów eksportowych, nie wytwarzamy w młodych mieszkańcach poczucia "lokalności",więc nawet oni nie są już naszym "towarem eksportowym". Chojnice stały się miastem takim samym jak wszystkie inne. Niczym się nie wyróżniają, niczym co stanowi wartość w świecie globalizacji. Nie zachęcają swoją innością, ani też miejscem w infrastrukturze kraju, Europy czy świata - jako miejsce do potencjalnych inwestycji. Dlaczego mamy do czynienia z takim procesem? Otóż tam gdzie powstały wielkie wynalazki oraz gdzie zbudowano fundamenty pod wielki kapitał - jak w USA(ale też Singapur, Nowa Zelandia, czy wreszcie poszczególne przestrzenie jak Dolina Krzmowa, itd.), nie liczył się tylko kapitał, ale też myśl - koncepcja i ciężka praca, a przede wszystkim ludzie zdolni do postrzegania rzeczywistości w innej perspektywie. Jeśli nie wykreujemy odważnych idei, pomysłów na swoją przyszłość i będziemy trwać w inercji, to przepadamy. Potrzeba zabezpieczenia czynników warunkujących trwanie tożsamości wspólnotowej (władza) i jednostkowej w małych społecznościach naszego kraju, a w Chojnicach jest to obserwowalne wybitnie często doprowadza do tragicznych w skutkach konsekwencji w postaci nie tylko zrozumiałej emigracji ludzi wybitnie uzdolnionych, ale też do braku powrotów. Kiedy nie ma ludzi o otwartych umysłach, nie ma koncepcji, jest stagnacja, synekura i nepotyzm. Wszyscy godzą się na to co jest, a każdy kto ma "olej w głowie" wie, że lepiej siedzieć cicho za piecem lub po prostu wyjechać.

Takie nastawienie doprowadzi w bardzo krótkiej perspektywie do masowego wyludniania się Chojnic, szczególnie jeśli przyjmiemy pod wzgląd takie czynniki jak spadająca liczba urodzeń, emigrację zarobkową (i związaną z tym emigrację całych rodzin bądź proces ich atomizacji),brak miejsc pracy i powszechną już wiedzą o "układowości" - chociaż ja bym to nazwał zbiorową nieświadomą zmową bazujacą na powszechnym strachu o którym napsiałem wyżej  - tak władz,jak i samych chojniczan w rozumieniu jednostkowym przed wyzwaniami globalizacji. 

Jesteśmy więc na etapie w którym, albo dopuścimy myśl o potrzebie budowy społeczeństwa otwartego, odejdziemy od modelu autorytarnego zarządzania, albo machina globalizacji zetrze to miasto w pył niepamięci w dość krótkiej perspektywie. 

Proponowałem w kampanii 2010 roku stworzenie kapitału żelaznego pod fundusz finansujący najwybitniejsze chojnickie umysły w ich wysiłkach badawczych. Nie tylko po to, aby sfinansować komuś doktorat czy profesurę, ale przede wszystkim dlatego, aby ludzi tych, ich wynalazki związać w jakiś sposób z Chojnicami. Nie chodzi też tylko o naukowców, ale o wybitnie uzdolnionych ludzi, posiadających zdolności biznesowe. Wyobraźmy sobie, że rocznie fundujemy komuś, kto wygrywa konkurs miejski 100 tysięcy złotych na badania (zamiast łożyć takie pieniądze na basztę Jutrzenki na przykład), a drugie 100 tysięcy na przykładowo 5 stypendiów doktoranckich (zamiast wydawać na pensję drugiego wiceburmistrza). Efekty mogą być, a może ich nie być, ale pojawia się szansa, że będą. Szansy tej nie widać pod sterami obecnej władzy. Mógłbym podać długą listę od poziomu cywilizacji po historię miast, które upadły właśnie przez wzgląd na ukształtowanie się takiej kultury politycznej (opresyjnej) z jaką mamy do czynienia w Chojnicach. Kultury zabezpieczającej status quo, nawet jeśli była to droga do upadku.

Jeśli pragniemy lepszego jutra dla naszych rodzin, to naprawdę odważmy się myśleć krytycznie o dokonaniach Pana Finstera i obozu władzy, bo w innym wypadku, jeśli zadowolimy się Orszakami, Drogami Krzyżowymi i innymi świętami (którym nie odmawiam świętości), po prostu znikniemy z mapy jako miasto. Proces degradacji Chojnic, jest też widoczny na poziomie państwa, bowiem miasto straciło w ciągu kilkunastu lat kilka ważnych instytucji publicznych - przeniesionych lub zlikwidowanych. Tragicznie jest też w wymiarze polityki mieszkaniowej, bo w Chojnicach przypada chyba najmniej mieszkań na 1000 osób we wszystkich miastach woj. pomorskiego. Czy to nie świadczy dobitnie o naszej pozycji? Ale inne wskaźniki też nie napawają optymizmem.

Naprawdę czas zmienić perspektywę myślenia. Nie bójmy się krytyki władzy, krytyka naprawdę może nas ocalić! Ta władza nie radzi sobie z wyzwaniami jakie stawia przed nią zglobalizowany świat.I co najważniejsze nie radzi sobie z ożywczą krytyką (która wcale nie musi być konstruktywna - tego nie dajmy sobie wmówić), nie dopuszcza krytyki i popada w nieomylność, w samowiedzę. Jeszcze ten tragiczny pomysł z Balturium...Należy wyjść poza myślenie instytucjonalne i skierować wysiłki na inwestycje rozproszone, - na inwestycje w poszczególne jednostki, które mogą stać się realnymi lokomotywami rozwoju. Mam kilkunastu znajomych - biznesmenów i ludzi nauki, którzy wyjechali z Chojnic i nigdy do nich nie wrócą. Oczywiście świat też proponuje im więcej niż Chojnice, ale czy nie wracaliby, gdyby wiedzieli, że to miasto rzeczywiście przyłożyło się do ich osiągnięć? Czy nie byliby "lokomotywami"lokalnego rozwoju?

Pamiętajmy najwyższą formą człowieczeństwa jest możliwość udziału w polityce. Bierzmy w niej więc udział powszechnie i razem budujmy lepszą przyszłość niż ta, którą próbuje nam zafundować jeden człowiek - Arseniusz Finster.

Zrozumienie trwających procesów globaliazacji jest też dla Chojnic w perspektywie społeczeństwa sieci (Internetu i dynamiki globalnych powiązań) chyba największą możliwą szansą w dziejach tego miasta. Zresztą szanse te się wyrównały dla wielu miast. Potrzeba jednak tego wszystkiego o czym napisałem wyżej - zmiany peprspektywy myślenia i zniesienia społeczeństwa hierarchicznego na rzecz wzajemności opartej o cel jakim jest stworzenie z Chojnic naprawdę wspaniałego ośrodka miejskiego. Do tego jednak trzeba mieć wizję, której w tym mieście dawno zabrakło u "władających". Przecież wystarczy sobie przeanalizować teksty chojnickich raperów, nawiązujących co rusz do przestrzeni miejskiej i codziennych bolączek życia w tym mieście, aby dowiedzieć się, że w tym mieście żyje się po prostu źle i dzieje się źle. O tym wiedzą już wszyscy. 


wtorek, 7 stycznia 2014

Bądźcie realistami - żądajcie niemożliwego!

Hasło, które uczyniłem tytułem tego posta przyświecało studenckiej rewolcie we Francji w 1968 roku. Skutki studenckich protestów były powszechne i do dziś są odczuwalne w kulturze. Żądano jak na tamte czasy rzeczy niemożliwych: liberalizacji życia politycznego, zmiany funkcjonowania uniwersytetów i ogólnie krytykowano autorytaryzm będący powszechnością w guallistowskiej Francji. Generalnie wiele celów osiągnięto, a do protestów studenckich przyłączali się robotnicy.

Również my, w Chojnicach musimy żądać niemożliwego. Projekt Chojnicka Samorządność próbował przeforsować pomysły budżetu obywatelskiego oraz inicjatywy uchwałodawczej. Oba te pomysły wzbudziły niechęć władz miasta, a burmistrz Finster w "Gazecie Pomorskiej" powiedział, że boi się tych propozycji. Przyczyna może być jedna: strach przed weryfikacją i konieczność współdzielenia się władzą z obywatelami oraz niechęć dopuszczenia ich do procesów decyzyjnych.

O formie demokracji świadczy właśnie umiejętność otwarcia się władzy na propozycje społeczne, takiego czy innego stowarzyszenia, osób czy grup. W Chojnicach tej umiejętności nie ma, a władza jak tylko może ogranicza zakres dostępu dla obywateli we współrządzeniu miastem. I jedyne co proponuje to autorytarne decyzje okraszone często "zaproszeniem do konsultacji społecznych". Trzeba przypomnieć, że niejedna dyktatura świata prześcigała się w demokratycznej retoryce. Jest to więc, popularna w Polsce, forma rządów autorytarnych w wydaniu prowincjonalnym.

Tak jest w Chojnicach, że władza chce patrzeć obywatelom na ręce, ale władzy na ręce patrzeć nikt nie ma prawa. To właśnie trzeba zmienić i to zmienimy, choć dziś to wydaje się niemożliwe. Żądamy więc niemożliwego, bo jesteśmy realistami, lokalny autorytet samorządowy w postaci Arseniusza Finstera dawno upadł, niczym pomnik Lenina...najpierw padały pomniki, potem reprezentowane przez nie ideologie.

Nasz realizm wynika z rozpoznania ogólnych czynników, które sprzyjają otwarciu na obywateli. Władza w społeczeństwie otwartym nie stawia obywatelom barier. Sprzyja idei współrządzenia. Wiemy, że takie modele funkcjonują już w Polsce i to z pozytywnym efektem dla lokalnych społeczności. Kiedy PChS wygra wybory to również w Chojnicach wdrożymy projekty inicjatywy uchwałodawczej i budżetu obywatelskiego, a być może pokusimy się też o wdrożenie instrumentów dodatkowych z zakresu demokracji bezpośredniej. 

niedziela, 5 stycznia 2014

Co z tym gender?

to agree in gender - pol. zgadzać się pod względem rodzaju, jest to językowe wyjaśnienie, najwęższe z możliwych i chyba najdoskonalsze, procesu jaki niesie za sobą ideologia gender. Spłaszczenie, ujednolicenie, zatarcie płci.

Nie jestem specjalistą w zakresie gender, i głos, jak miliony innych Polaków, zabieram jako laik, bo sam próbuję zrozumieć przyczyny i konsekwencje pojawiania się w dyskursie takich topics, które dominują naszą rzeczywistość medialną przez dobre miesiące.

Gender jest założeniem, że płeć - rozróżnienie na nie, jest kulturowo uwarunkowane, więcej kulturowo jest konstruowane znaczenie pojęć: kobieta, mężczyzna.

O ile, często, zgadzam się z konstruktywistycznym ujęciem nasze rzeczywistości uwarunkowanej ideologicznie, szczególnie na poziomie językowym o tyle w kwestii znaczeń płci, nie zgadzam się ze stanowiskiem konstruktywistów - genderowców.

Ważnym wydaje mi się rozróżnienie jakie musi każdy mówiący czy piszący o gender poczynić - otóż gender to nie jest to samo co filozofia równouprawnienia kobiet i mężczyzn, nie jest to też feminizm. Gender, jak wyżej napisałem, zakłada brak rozróżnienia na płci. Na gruncie naszej kultury uważam, że płeć istnieje jako element funkcjonalny, ale jeśli ją usuniemy (płeć) to własnie pozbawimy systemu bardzo ważnej roli społecznej jaką wypełnia rozróznienie na płci. Oczywiście wszyscy jesteśmy takimi samymi ludźmi, równymi - kobiety i mężczyźni. Ale niej jesteśmy 2in1.

Powstaje pytanie, czy kultura jest w stanie usunąć biologiczne przeszkody w postaci fizycznych różnic jakie wykazują przedstawiciele płci? Czy kultura w swym dążeniu minimalizacji nakładów i maksymalizacji zysków potrzebuje zatrzeć pojęcie płci, aby mogła się replikować i rozwijać lepiej i szybciej? Czy procesy unifikacyjne dotarły już do tożsamości ludzi tak, że nie chcą już się różnić od siebie nawet płcią? Czy pojęcie płci to też pas transmisyjny dla ideologii? Czy nie lepiej uznać swoją równość - równoprawność, zamiast zacierać pojęcie płciowej różnicy?

W latach międzywojennych niezwykle popularna była eugenika, prąd myślowy uznający wpływ cech fizycznych między innymi na zdolności intelektualne - rozwój cywilizacyjny i kulturowy. Różnice pozostały, a kultura rozwija się dalej, po drodze eugenika przyczyniła się jednak do milionów ofiar...Gender być może masowych ofiar nie przyniesie, ale wydaje się być modą na na pewną perspektywę metodologiczną w ramach nauk społecznych, modą na katedry i ... polem starcia myśli postępowej z zachowawcami. Jednak postępowcy mogą na to pole wytoczyć zupełnie inne argumenty, może ogłośmy hasło "zero wojen zamiast gender". Czy wtedy też Kościół będzie wmieszany do debaty?

Dziwi mnie też mieszanie pojęcia gender w jakiś zakresowy zasób znaczeń odnoszących się do homoseksualizmu, który zawsze sprzyja preferencji jednej płci - tej samej, ale w opozycji do płci przeciwnej. 

Czym więc może być gender - jeśli nie jest związany z promocją homoseksualizmu,wiemy już,że dąży do "spłaszczenia płci" - podobno jest ideologią (sam też tak o tym piszę), więc zabezpiecza w domyśle interes jakiejś grupy ludzi. Ale jakiej? 

Nadala jednak nie jestem w stanie jednoznacznie wskazać sobie przyczyn i konsekwencji gender. Poruszenie społeczne? Zatarcie tematów ważnych? Ultralewicowa walka z religiami? 

Gender odrzucam i pozostaję nadal połową człowieka - tą męską :) 

I największy paradoks gender - choć ma łączyć ludzi, to jednak dzieli ;) już nie podług płci, a według swej miary. Jest to chyba kolejny element "szatkowania"społeczeństwa. Nie mam nic przeciwko indywidualizacji, ale wiele przeciwko projektom internalizowania w ludziach ideologii, które z przyjacielskich sąsiadów tworzą obrońców i wrogów gender.

Z pewnością konflikt wartości przyczynia się do rozwoju instytucji społecznych, ale czy warto modyfikować znaczenie pojęcia płeć, lub je znosić?

piątek, 3 stycznia 2014

Wyzwolenie poprzez gwałt

Zamalowano czerwone gwiazdy na Cmentarzu Radzieckim w Chojnicach. Czy należy się temu dziwić? O ile faktem jest, że jest to akt wandalizmu, o tyle też pytaniem pozostanie, dla wielu relatywistów, czym było "wyzwolenie", czyli wkroczenie Armii Czerwonej do Chojnic?

Wielokrotnie zabierałem głos w sprawie. Tym razem, może nieco bardziej obrazowo i dosadnie o tym napiszę. W Chojnicach do świadomości społecznej przedarła się sprawa gwałtu sowietów na siostrze, franciszkance, Adelgundzie Kunegund Tumińskiej. Również dzięki postawie Kościoła katolickiego, który sprawę tę dzięki księżom z chojnickiej Bazyliki nagłośnił swoją wystawą w latach ubiegłych. Sowieci siostrę zamordowali. Jednak czy pamiętamy o pozostałych ofiarach?

Chyba nie. Bo nikt o nich nie mówi. Oprócz aspektu gospodarczego związanego z wkroczeniem sowietów, o którym pisałem w tym poście: http://polityka-chojnice.blogspot.com/2012/02/polityka-sowietow-w-chojnicach.html . Pozostaje też aspekt gwałtów na kobietach, których dokonywali sowieci na skalę masową.

W powiecie tucholskim sowieci, tylko w trakcie wyzwalania tamtejszych ziem, zgwałcili około 1700 kobiet!!! W powiecie chojnickim ta liczba szacowana jest na 1200 - 2000 kobiet, i są to dane, które spisali, nie kto inny, a sami komuniści. Jest więc poważne domniemanie, że dane te są poważnie zaniżone! Czy takim ludziom należy się cześć i czołobitność? Dla mnie to banda czerwonych zwierząt, których oblicze właśnie poznać można poprzez gwałt. Czy burmistrz powinien oddawać cześć wrogom Polski, bandytom i gwałcicielom spod znaku czerwonej gwiazdy?

Zastanówcie się, zanim sobie odpowiecie. Popytajcie: babcie, rodziców, poszperajcie w domowych archiwach - czy czasami w waszych rodzinach nie było ofiar wywózek na Sybir, i kobiet które padły ofiarą czerwonych bandytów. A może takie przypadki były wśród rodzin waszych sąsiadów? Zapewniam, że były. Dlaczego więc mamy się godzić na składanie dalszej ofiary Bohaterom ZSRR, w postaci wieńców kwiatów, polskich flag i pokłonów władz samorządowych?

Aktów wandalizmu nie pochwalam, ale czy ludziom myślącym inaczej jak Arseniusz Finster burmistrz Chojnic, pozostawia jakąś inną drogę uwzględniania ich perspektywy? Wydaje się, że nie.


czwartek, 2 stycznia 2014

Pierwszy wśród równych?

Weszliśmy w Nowy Rok z niemałym długiem. Tytuł tego posta nawiązuje do postawy burmistrza Chojnic, który wielokrotnie próbował przekonywać chojniczan, że jest doskonałym gospodarzem. Prawda jest niestety taka, że jest podobnie słabym ekonomem jak wszyscy pozostali na Pomorzu. Wartość zadłużenia gminy miejskiej Chojnice jest na takim samym poziomie jak miast o podobnej wielkości do Chojnic. Warto też zwrócić uwagę, że identyczna skala długu obejmuje takie miasta jak Kościerzyna, Starogard Gdański i Chojnice.

Na statystycznego mieszkańca Chojnic przypada 1335 zł kredytów zaciągniętych przez miasto (stan na 01.01.2014).

Starogard Gdański zadłużenie na poziomie 1339 zł na mieszkańca w 2012 roku.

Kościerzyna zadłużenie na poziomie 1335 zł w 2012 roku.

Lębork - zadłużenie 1196 zł na osobę w 2012 roku.

Tczew - zadłużenie 1501 zł na osobę w 2013 roku.

Wejherowo - zadłużenie 858 zł na osobę w 2013 roku.

Malbork - zadłużenie 1106 zł na osobę w 2012 roku.


W świetle tych danych chciałbym zapytać czym nasz burmistrz różni się od pozostałych włodarzy poza swym imieniem i nazwiskiem?  Co więcej tylko w Chojnicach, z tego co sprawdziłem, mamy tego samego burmistrza od 1998 roku, czy nie miał więc już dość czasu na to, aby wyprowadzić miasto z kredytów? Tymczasem zadłużenie na poziomie ponad 54 milionów złotych nie wygląda na imponujące osiągnięcie wobec 4 kadencji, podobno ciężkiej pracy. Tymczesem burmistrz zapowiada, że ma apetyt na kolejna kadencję - czyli domyślam się, że na dalsze zadłużanie apetyt też pozostał?


niedziela, 29 grudnia 2013

Prekariat - towar ludzki do nabycia

Brytyjski profesor, ekonomista, Guy Standing zaproponował wprowadzenie do nauk społecznych i chyba szerokiego użycia w polityce nowe pojęcie, dobrze je sobie zapamiętajcie: PREKARIAT. Więcej o nim w książce: The Precariat: The New Dangerous Class (Londyn, New York 2012).

Wszyscy wiemy czym był marksowski proletariat, oznaczał przede wszystkim klasę robotników w epoce rozwijającego się industrializmu i rodzącej się globalizacji. 

Prekariat natomiast jest zbitką słów, neologizmem. Z łac. prekarium to forma udzielania w użytkowanie ziemi, czy innej rzeczy, która na każde wezwanie musiała zostać zwrócona właścicielowi. Pojęcie proletariatu już znamy, tak też przez połączenie słów prekarium i proletariat powstał neologizm prekariat!

O czym jest teoria Guy'a Standinga?

Przede wszystkim jest o klasie społecznej, tak - klasie społecznej dobrze czytacie. Klasą tą jest prekariat, a osoby doń przynależące, charakteryzują się cechami o których poniżej.

Brytyjski Profesor wyróżnia siedem klas współczesnego społeczeństwa globalnego:
- elity - składające się z absurdalnie bogatych ludzi
- salatariat - grupa dobrze opłacanych ludzi, którzy są pewni swego jutra w oparciu o doskonałe kontrakty i bardzo wysokie zarobki, niektórzy z nich trafiają do elity, inni zadowalają się swoim bezpiecznym miejscem w drabinie społecznej. Zaliczyć tutaj możemy członków zarządów wielkich koncernów, osoby korzystające z benefitów jakie płyną z pracy w korporacjach, udziałów w akcjach frmy itd. Zaliczyc też można do tej grupy urzędników publicznych wysokiego szczebla.
-  profesjonaliści - technicy - osoby o umięjętnościach poszukiwanych przede wszystkim na rynku wysokich technologii, ludzie ottrzymujący niebotycznie wysokie kontrakty w zamian za techniczne umiejętności. Są to ludzie gotowi do życia nomadycznego i przejawiają wielkie ambicje materialne.
- klasa pracująca - ludzie będący realnym odpowiednikiem dawnych robotników. Siła mięśni zarabiają na bieżące życie.
- pod tymi czterema grupami, żyje prekariat, na którego obrzeżach żyją bezrobotni i ludzie ogólnie zagubieni w systemie. 

Prekariat to przede wszystkim ludzie żyjący bez pewności jutra, bez zapewnienia, że jutro mają pracę, którą wykonują dziś. To ludzie, którzy często pomimo dobrego wykształcenia, godzą się na wykonywanie prac na podstawie "umów śmieciowych", po prostu z chęci zarobienia chociaż na przysłowiowy chleb. Termin prekariat we Włoszech został użyty na oznaczenie grupy osób wykonujących podstawowe zajęcia za najniższym wynagrodzeniem, pomimo posiadani wyższych kompetencji. W Japonii prekariat przyjął się na oznaczenie "biednych pracujących", dla których życie "prekarialne" jest codziennością. Szczytem ekonomiczno - zawodowym jaki osiągają prekariusze są zwyczajne zajęcia za najniższą płacą, nierzadko są to prace fizyczne. Prekariusze nie mają poczucia bezpieczeństwa pracy, ponieważ umowy, które się im przedkłada nie gwarantują im zatrudnienia w jakiejś dalszej przyszłości. Nie gwarantują im też żadnej drogi rozwoju, a jedynie stagnację w zakresie codziennie wykonywanych obowiązków. Prekariusz żyją często w stanie permantnej frustracji i depresji związanej z brakiem relacji pomiędzy zarobkami jakie osiągają, pozycją społeczną, a wykształceniem, umiejętnościami i kwalifikacjami jakie posiadają. W zglobalizowanym świecie jest to ciągle rosnąca rzesza ludzi. 

Klasa prekariuszy składa się z ludzi którzy w kontekście pojęcia pracy i statusu społecznego oraz bezpieczeństwa nie mają:

- stałej i pełnej umowy o pracę na czas nieokreślony gwarantującej im bezpieczeństwo materialne, społeczne i psychiczne;
- ochrony na wypadek natychmiastowej wieści o zwoleniu z pracy, na podstawie arbitralnych rozstrzygnięć pracodawców często powołujących się na "niedopłenienie obowiązków";
- szans na rozwój kariery zawodowej, wyższe zarobki, dokształcanie w trakcie "bycia w pracy";
- zabezpieczenia miejsca pracy, określonych godzin pracy i godziwych warunków, dodatkowej zapłaty za pracę w godzinach nocnych;
- zabezpieczenia płacy poprzez wiedzę o wartości wynagrodzenia jakiego mogą co miesiąc "na pewno" oczekiwać;
- szansy na reprezentację swoich interesów w grupie z powodu obostrzeń narzucanych przez pracodawców oraz prawo, które uniemożliwiają wolne stowarzyszanie się w związki zawodowe dla ochrony praw pracowniczych. Nie mają tez prawa do strajku;
- bez szans na umowy długoterminowe czy na czas nieokreślony.

Poza problemem jaki prekariusze mają z dochodami rozumianymi jako wartość pieniężna będąca wynagrodzeniem za ich pracę, są też często w warunkach swej pracy odcięci od tak zwanego kapitału społecznego, nie mają żadnej możliwości partycypacji w życiu społecznym. Często też są pozbawieni wsparcia w rodzienie, czy też w środowisku w którym znaleźli się przez wzgląd na wykonywaną doraźnie pracę. Prekariat jest też często w gorszej pozycji, aniżeli grupy ludzie nie posiadających wykszałcenia, ale stałą pracę związaną z miejscem, w którym mają cały wachlarz zabiezpieczeń społecznych swego bytu i gdzie są częścią większej wspólnoty. 

U członków prekariatu rośnie poczucie wyalienowania i braku solidarności z jakąkolwiek grupą społeczną, co jeszcze bardziej naraża członków prekariatu na działania rynku w dobie globalizacji. O ile nie wszystkim mobilność i nomadyczny styl życia musi przeszkadzać, o tyle nadal większość z ludzi preferuje życie w rodzinie przy minimalnym poczuciu bezpieczeństwa jakie dają mniejsze i większe wspólnoty do których się przynależy.

Guy Standing dla podsumowania zjawiska jakim jest prekariat używa sformułowania komodyfikacja (od ang. commodification), czyli można powiedzieć "utowarowaniem" wszystkich rzeczy, ludzi, usług, itd. Wszystko więc stało się towarem, a w tym ujęciu własnie prekariat jest towarem - który w dowolnym momencie bez obostrzeń dysponenci kapitału nabywają i sprzedają jak rzeczy.W ten sposób liberalizacji rynków pracy w czasie globalizacja doprowadziła do całkowitego uprzedmiotowienia jednostki ludzkiej w warunkach kapitalizmu. 

Profesor Standing w swych pismach ostrzega przed tym do czego może prowadzić powiększająca się rzesza prekariuszy, otóż są oni podatni na wszelkie hasła populistyczne - dające wizję łatwych rozwiązań przy pomocy "szybkich cięć, ruchów". Stają się rosnącym elektoratem grup radykalnych, jeśli politycy nie podejmą kroków zaradczych, świat może czekać poważny przewrót, którego można uniknąć na drodze ewolucji systemu.

Jakie jest na to rozwiązanie? Ponieważ prekariat wyrósł z ekonomicznej nierówności, i na niej też zbudowany jest strach prekariatu, to profesor Standing proponuje aby każdy otrzymywał co miesiąc skromne i godne wynagrodzenie niezależnie od tego, czy jest zatrudniony czy nie. Co wydać się może zaskakujące taki projekt polityczny został wdrożony w Brazyli, gdzie około 50 milionów osób żyje już z takich pensji, które jednak nie są tym o czym możemy myśleć  - czyli zasiłkiem. Nie, jest to wynagrodzenie na tyle godne, że pozwala żyć i przeżyć, a jednoczenie nie popadać...w prekariat.

Warto też zauważyć, że prekariat "wytwarza się" w wyniku globalnych zmian strukturalnych jakie powstają w warunkach kapitalizmu globalnego i nie ma nic wspólnego z takimi pojęciami jak "lenistwo", "nieróbstwo" i innymi stereotypowymi określeniami na osoby, którym się ekonomicznie nie powiodło. 

Z pewnością jestem zwolennikiem poglądów prof. Standinga. Koncepcja "welfare state" w dużej mierze zawiodła, bo była to koncepcja pewnej jałmużny dla bezrobotnych od wielkich kapitalistów, tutaj chodzi o zmiany natury strukturalnej, której nie zaburzą pojęcia własności a przybliżą społeczeństwo do pojęcia solidarności społecznej. Nawet nie jestem pewien czy taką postawę można jeszcze nazwać socjalizmem...Dla wielu będzie to utopia, ale czy kiedyś utopią nie był liberalizm?

Kiedyś na blogu umieściłem taki wpis: 30 - latkowie stracone pokolenie (http://polityka-chojnice.blogspot.com/2013/08/30-latkowkie-pokolenie-stracone.html), zdaje się, że odczucia moje i moich rówieśników Guy Standing ubrał w odpowiedni aparat teoretyczny i pojęciowy.

Społeczność prekariuszy na facebook'u: https://www.facebook.com/prekariat .

sobota, 28 grudnia 2013

Magia cezur

Pamiętamy podekscytowanie magiczną datą 2000 roku. Komputery miały przestać działać, a systemowi groziło, że legnie w gruzach. Co więcej była to data, która miała wyznaczać koniec świata, i wiele sekt na tym strachu zbudowało swoje wspólnoty.

Ludzkość i każdy z osobna w tym zbiorze, oczekuje przełomów, wyczekuje lepszego, doskonalszego jutra, pospolicie nazywanego "nowym rozdaniem" - często wiązanego z przłomowymi datami w dziejach świata czy życiem świata przyrody (wiosna, lato). Dzięki siłom natury, rzeczywiście mamy do czynienia z czymś co można nazwać cyklicznością, która weszła do wszystkich znanych nam kultur ludzkich. 

Jest w tym zjawisku - cykliczności - wpisany tragizm człowieka skazanego de facto na powtarzalność. Jednak każdego nowego "przełomu", każdego Sylwestra oczekują ludzie w jakimś stanie podniecenia, jakby rzeczywiście miało nadejść nowe, lepsze jutro. Towarzyszy temu bogata symbolika i repertuar zachowań społecznych - fajerwerki, tańce i hulańce. Korki od szampana, rozbite szkło i co tam też w innych kulturach by nie wymyślono. 

Waga cezur została też w kulturze ugrunotwana poprzez mity i architekturę - łuki triumfalne, bramy, itd. Które mają nadawać powagę "przejścia" od - do. W czasach wielkich przełomów, związanych z konkretnymi datami rzeczywiście następowały zmiany o wadze cywilizacyjnej, wymienić można chociażby rok 1789 - rok Rewolucji Francuskiej,rok 1939 - czyli rok wybuchu II wojny światowej i tak dalej...W aspekcie indywidualnym z pewnością każdy z nas też jest w stanie wskazać kilka przełomowych dat w swoim życiu. Czemu tak naprawdę służą cezury, których znaczenie jest utrwalone i uwarunkowane kulturowo? W przeszłości przecież, o czym warto pamiętać nawet na Zachodzie "nowy rok" rozpoczynał się w różnych datach, było i tak za czasów rzymskich, że 1 marca. 

Jakby więc nie było, z pewnością cezury są podstawą dla podejmowania poważnych postanowień, tak zwanych progowych. Są dla ludzi próbą nawołania siebie do poprawy zachowań, rozwoju, przemiany. Ale czy musimy je warunkować tak wielką odległością czasu jak kilkaset dni? Czy nie byłoby łatwiej wyjść poza kulturowy narzut i zrozumieć, że żyje się każdego dnia "od nowa". 

Dlatego też, wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom mojego bloga życzę, aby każdego dnia był dla nich Nowy Rok, abyśmy mieli w sobie tyle sił i chęci aby nawoływać samych siebie i nawzajem do zmian na lepsze każdego dnia, a nie tylko raz w roku. Uciekajmy od status quo, od stagnacji i braku zmian, dążmy w tym dynamicznym świecie do pojmowania siebie i świata jako ciągłej przemiany,której naprawdę warto sprostać, rozumiejąc jednocześnie, że kultura właśnie tak jest skonstruowana aby świat reprodukować, powielając też stosunki władzy i to co nami zarządza i nas zniewala, dlatego też świętujmy przemianę każdego dnia :) Nadajmy sobie prawo do indywidualnej wolności. Nie dajmy się zwieść kulturze, my - ludzie - mamy szansę na "lepsze" każdego dnia. 

W tym pozytywistycznym duchu - życzę dość tradycyjnie i konwencjonalnie - Szczęśliwego Nowego Roku, każdego nowego dnia!

wtorek, 24 grudnia 2013

Merry Xmas Everyone

Wychodząc z założeń konstruktywistycznych ciężko pogodzić się z istotą zbiorowego zachwytu narzutem kulturowym jakim są Święta. Jednak, jest to element naszej cywilizacji (bo w warunkach kapitalizmu już nie tylko kultury), którego nie można tak po prostu zapomnieć i zanegować. Dlatego życzę wszystkim, aby w miarę upływu czasu pojęli, że Święta to element władania człowiekiem w dużej mierze po to, aby go subordynować i wpisać w cykliczność dziejów w podporządkowaniu strachem przed "życiem po śmierci". Życzę wszystkim każdego dnia, czy to we wtorek, czy w sobotę czy w poniedziałek - Wesołego Święta! Niech każdy dzień będzie dla nas, ludzi, Świętem Wolności i Festiwalem wzajemnej miłości i poszanowania godności drugiego człowieka z daleka od struktur i mechanizmów władzy. 

MERRY XMAS EVERYONE AND EVERYDAY!

poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Polityka" o Chojnicach

W magazynie "Polityka" w numerze 46, 13.11 - 19.11.2013 ukazał się artykuł w którym autor charakteryzuje specyfikę przemian przestrzeni publicznej w Polsce na przykładzie tak zwanych rewitalizacji stref śródmiejskich, a konkretnie rynków i ryneczków polskich miast i miasteczek. 

Nie omieszkał autor, wspomnieć i o Chojnicach, co dla wielu pewnie będzie szokiem. Przytoczę cytat:

"Mistrzostwo nieudolności w postarzaniu modernizmu osiągnięto na rynku w Chojnicach.To już nawet nie pastisz to groteska". 

Wiadomo ktoś na tej niemieckiej kostce zarobił. Podobno jakiś poseł doktor. Takie opinie jak powyższa są kolejnym przykładem na to, że wielu z nas w Chojnicach dało sobie narzucić narrację włodarza i jego pochlebców, którzy wychwalali renowację strefy śródmiejskiej. To nic, że zniknęła kostka brukowa sprzed wieków, to nic, że przy rynku stoi jakaś buda handlowa, która teraz ma fasadę niczym grecki Akropol. Przecież mamy wierzyć i głosić słowa prawdy: Chojnice są piękne! Jednak to jest zaklęcie w które nikt już nie uwierzy. Chojnice są źle zarządzane, paskudnie zagospodarowane, a do tego kurtynę milczenia spuszcza się na pewne obiekty będące kiedyś własnością miasta oraz na stan tych obiektów. One po prostu wyparowały!O tych budynkach i przestrzeniach nie wolno mówić. W tym poście palcem wskazywał nie będę, ale warto z najnowszych przykładów sięgnąć po ten o którym napisał na swoim blogu Radek Sawicki.

Wracając do "Polityki". Ciężko, mi przynajmniej, nie zgodzić się ze słowami autora artykułu. To co powszechnie uchodzi za piękne, to częstokroć pastisz i groteska. Najgorsze jest to, że z tego co zauważyłem na Pomorzu, podobne koncepcje rewitalizacji przyjęły miasta takie jak Człuchów, Tuchola, Bytów, Kościerzyna. W ten sposób uniformizują się w tandecie, odmawiając sobie prawa do swoistości i specyfiki, stając się kalką chojnickiego kiczu, a może i gospodarczego zysku w kiesach nielicznych osób.

Skany z "Polityki" znajdują się poniżej. 





piątek, 20 grudnia 2013

66% przeciwko Finsterowi

Tego się pewnie nikt nie spodziewał! Arseniusz Finster dostał żółtą kartkę od chojniczan. W plebiscycie "Gazety Pomorskiej" pod tytułem "Oceń władzę" aż 66% osób biorących udział w plebiscycie było przeciwko burmistrzowi Arseniuszowi Finsterowi. 

Lepszego prezentu na Święta nie mogłem sobie wymarzyć. Nadchodzi czas politycznej klęski Arseniusz Finstera. Finał kariery politycznej już za rok. W 2014 roku pożegnamy Arseniusza Finstera burmistrza Chojnic, w sensie politycznym oczywiście.  

Wreszcie dotarło do chojniczan, że są oszukiwani, manipulowani, okłamywani. Nasze miasto staje się coraz biedniejsze, a skala migracji przybiera na sile. To rzeczywiście nie może się nikomu podobać. Gospodarczo i politycznie miasto Chojnice zostało zdegradowane do III ligi i dziś prezentuje taki sam status społeczno - ekonomiczny, a i polityczny, jak miasta na wschodniej ścianie Polski.

Dlatego już dziś zachęcam do głosowania na kandydata PChS Mariusza Brunkę. 

Finster dostał pod choinkę rózgę, ale na poprawę bym nie liczył. Będzie jeszcze gorzej...politycznie Finster idzie na dno.

Dzisiejsza (20.12.2013) "Gazeta Pomorska".

środa, 11 grudnia 2013

I Konferencja Antykorupcyjna

Zapraszam Państwa na I Konferencję Antykorupcyjną, która odbędzie się w najbliższą sobotę w Sopocie.


Program konferencji

12:00   otwarcie konferencji  | wykład wprowadzający prof Antoniego Kamińskiego,
12:30   dyskusja  | "Korupcja jako wynik sposobu przeprowadzenia transformacji"  
przerwa kawowa
15:00   dyskusja  | "Walka z korupcją jako jedno z najważniejszych wyzwań przed jakim stoimy" 
18.00   zakończenie konferencji,

w dyskusjach udział wezmą :
prof. Antoni Kamiński, prezes zarządu Transparency International Poland w latach 1999-2001
Bogdan Święczkowski, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego  w latach 2006–2007
Ernest Bejda, Zastępca Szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego w latach 2006 - 2009
publicyści  | Cezary Gmyz i Marek Król
dyskusję prowadzi Michał Stróżyk

14 grudnia, sobota, godz. 12:00   Sopot, Siedziba SKOK, ul. Władysława IV 22, Aula Główna

WSTĘP WOLNY


wtorek, 10 grudnia 2013

Ocalić Stare Miasto

Kiedy wiadomo było,że ma powstać galeria handlowa "Brama Pomorza" burmistrz zaczął wykonywać nerwowe ruchy, łącznie z popadnięciem w konflikt z wójtem wiejskiej gminy Chojnice. Pieniądze, jak zawsze obok kobiet, stanęły pomiędzy dwoma "przyjacielami". 

Dziś miasto ma poważny problem, a władze reagują po czasie. Z tego co mi wiadomo Rank Progress - wraz z podmiotami, które w galerii wynajmują powierzchnie zatrudni bezpośrednio i pośrednio ok. 300 osób. Jednak to nie pozostanie bez wpływu na popyt w punktach handlowych w mieście. 

Według mnie dobrze się stało,że powstała galeria, niech firmy inwestują,niech budują, nie angażują kapitał w naszych gminach. Jednak szkoda, że nie stało się to jednocześnie przy pewnej asyście władz miasta wobec śródmiejskiej przestrzeni. I nie chodzi mi wcale o ochronę interesów mniejszych i większych kapitalistów, z Chojnic i nie tylko, ale raczej o kwestię "życia" w mieście. 

Co można dziś zrobić? Przede wszystkim trzeba zdać sobie sprawę z kategorii spraw jakie wpływają na konsumentów, że wybierają galerie. A przy tych są - darmowe parkingi (no są i płatne, ale nie na obrzeżach miast), wiele sklepików i ogromny wybór towarów w jednym obiekcie, nie wieje, nie pada i generalnie utarło się, że w galeriach jest taniej aniżeli w małych śródmiejskich sklepikach i nieco większych sklepach. 

Proponowałbym likwidację płatnego parkowania w strefie śródmiejskiej i to nie tylko w sobotę- o czym wspominałem już dwa lata temu i co niedawno podjęli koledzy z PiS. Poza tym miasto jeśli chce efektywnie pomóc kupcom, a w sumie sobie - bo przecież chodzi o podatki, powinno zaangażować pieniądze w adaptację strefy śródmiejskiej w taki sposób, aby przebywanie w niej było jak najbardziej przyjemne i efektywne. Być może nie byłoby złym pomysłem oddelegować pracownika urzędu do "zarządzania" handlem w strefie śródmiejskiej, do promowania go i koordynowania działań. Jeśli wszyscy kupcy potraktują Stare Miasto jako jeden obiekt o którego dobro muszą dbać mają wtedy szansę konkurować z Bramą Pomorza, w innym wypadku piękne zęby Starego Miasta będą wypadać jeden po drugim z powodu braku dopływu odżywczej złotówki.

Z drugiej strony nie zrozumiem żadnego działania "pomocowego" miasta wobec kupców na zasadzie jakichś ulg, itd. Nie tędy droga, niech Rada Miejska zniesie strefy płatnego parkowania i już pojawi się wzrost zainteresowanych zakupami na Starym Mieście. Poza tym sami kupcy też muszą się postarać - może czas zerknąć na allegro ile kosztują tam spodnie, które w chojnickim sklepie są na wystawie za 300 zł? Świat się zmienia, a Stare Miasto pozostaje gdzieś w średniowieczu...

Reasumując, w gromadzie siła, ale czy chojnickich kupców i władze miasta stać na współpracę - w imię interesu gospodarczego poza podziałami i układami?

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Od demokracji przedstawicielskiej do uczestniczącej

W "Gazecie Pomorskiej", ukazała się pierwsza debata oficjalnych kandydatów na burmistrza Chojnic. Są nimi dotychczasowy burmistrz Arseniusz Finster i członek Projektu Chojnicka Samorządność Mariusz Brunka.

Każdy z nich zdaje się mieć inne atuty. Zamieszczam poniżej dwa skany z "GP", być może uda się Czytelnikom coś rozszyfrować.

Co kandydatów różni? Otóż różnice są znaczne, przede wszystkim A. Finster w tym co mówi, nie zdradza nic nowego. Z jego ust płynie rzeka narcystycznych pochwał do samego siebie: "ja wywalczyłem, ja promowałem, ja wymyśliłem, ja mówiłem, ja przewidywałem, ja chciałem, ja będę, ja zrobię" itd. Czyli to co doskonale znamy od 15 lat. Finster jest burmistrzem, został nim wybrany po raz pierwszy przez Radę Miejską, w której de facto rządziło wtedy SLD, SIS "Samorządni" i Blok Rozwoju Gospodarczegodo do którego należał też obecny burmistrz. Droga wyboru go na pierwszą, Jego, kadencję była zgodna w ówcześnie obowiązującym prawem, ale była daleka od przyznania możliwości obywatelom w wyborze swego burmistrza. Była wypadkową grup interesów, którym odpowiadał trzydziesto-paroletni zapalony zelota polityki lokalnej o poważnych inklinacjach lewicowych (żeby nie powiedzieć dobitniej "polityczne dziecko komuny"). Z uważnej lektury wypowiedzi Finstera wynika, poza narcyzmem, oczywiste upodobanie systemu takim jakim on jest. Czyli spodziewajmy się kontyuacji takiej kultury politycznej i zarządzania miastem jaką dotąd objawił Finster, jeśli wygra kolejne wybory. A pamiętajmy, zakłócał zgromadzenie publicznej na Starym Rynku, prowadzi nieudolną politykę gospodarczą miasta i taką będzie kontynuował - biorąc kredyty na spłacanie kredytów. Jednymi słowy, Finster wypowiada się w 2013 roku, a mówi językiem sprzed 10 lat. Dziś społeczeństwo dojrzało na tyle, że domaga się wdrażania takich narzędzi - jak inicjatywy uchwałodawcze, budżety obywatelskie, ludzie chcą też mieć bieżący wgląd w działalność urzędu - w sprawy zamówień publicznych, ale i tych zakupów, które tej magicznej granicy zamówienia publicznego nie przekraczają. Żądają też władzy, która byłaby daleka od otwierania kieszeni przed każdym kto chce wrzucić coś na "tacę". Pan Finster to przedstawiciel przeszłej epoki, dla której demokracja przedstawicielska, czyli taka w której mieliśmy jako obywatele głos raz na cztery lata, wszystkim zdawała się wystarczać, a politycy i samorządowcy mieli z głowy społeczeństwo do następnych wyborów. Finster, o czym sam mówi podczas debaty, boi się partycypacji obywateli w rządzeniu miastem, czyli jest zatwardziałym przeciwnikiem demokracji uczestniczącej, otwartego społeczeństwa obywatelskiego.

Mariusz Brunka, jest przedstawicielem zupełnie innej wizji. Domaga się wdrażania instrumentów demokracji uczestniczącej, emancypacji obywatela kosztem przywilejów ludzi władzy. Warto zaznaczyć, to o czym Mariusz wspomniał - jego wybór nie zatrzyma wskazówek zegara, a wszystkie codzienne obowiązki samorząd nadal będzie wypełniał, tak jak i wypełniał w czasach Finstera. Zmieni się natomiast CAŁY system funkcjonowania nie tylko władzy w sensie kultury politycznej, ale też po prostu społeczeństwa, które uzyska wszelkie możliwe narzędzia dążące do stworzenia środowiska dla WSPÓŁRZĄDZENIA miastem przez burmistrza i obywateli. 

Obaj Panowie, zgodnie z unijnymi preferencjami, chcą kierować Chojnicami tak, aby zbliżyć nas z Człuchowem, ten proces wydaje się nieunikniony, bo tylko takie działanie zapewnia napływ pieniędzy unijnych. 

Na obecnym etapie starcia warto zwrócić uwagę na podstawową różnicę, między dwiema wizjami - Arseniusza Finstera wizją samorządu osadzonego w realiach lat 90 - tych czyli na demokracji przedstawicielskiej, i wizją Mariusza Brunki która cywilizacyjnie jest o krok dalej i przewiduje szeroką partycypację obywateli w rządzeniu, a właściwie niesie za sobą współzarządzanie naszą lokalną wspólnotą. 

Pan Finster był dobry w przeszłości, bo w bałaganie lat 90 - tych komuniści musieli znaleźć kogoś młodego i ambitnego, kto wprowadzi ich w świat demokracji w czasie transformacji na lokalnym podwórku, ale dziś nie potrzebujemy despoty, a raczej wizjonera - administratora, który będzie w stanie swą postawą, wiedzą i perspektywą kierować samorządem, jak "pierwszy wśród równych", a nie jak Pan z kramem nad pospólstwem.





czwartek, 5 grudnia 2013

Medialne manipulacje

Strona z "Tygodnika Tucholskiego"

W Tucholi ukazał się śmieszny artykuł autorstwa Pani Zuzanny Kasprzyk. Konsorcjum medialne Państwa Grzmiel, do którego należą "Tygodnik Tucholski" i "Czas Chojnic", idzie w sukurs lokalnej władzy. Dlaczego?

Otóż media te stają się instrumentem władzy, przypomnę w Chojnicach artykuł podobny do powyższego ukazał się w "Czasie Chojnic" kilka tygodni temu, ale koncentrował się na mojej osobie (chodzi o ten materiał: http://czas.tygodnik.pl/a/co-chojnicki-polityk-robil-w%C2%A0nocy-pod-hotelem). Teraz grillowany jest Krzysztof Szulczyk z Cekcyna. 

Co zostało zamanipulowane? Otóż Krzysztof Szulczyk został przez Panią Zuzannę poproszony o przedstawienie swojego stanowiska w sprawie, co uczynił zresztą w mailu do Niej. Tak pisze o tym Redaktorka "Tygodnika Tucholskiego": "Gdy się z nim skontaktowaliśmy [z K.Sz.] odpowiedź postanowił wysłać nam drogą elektroniczną, jednak poza tym, że stwierdził, iż nie jest stroną w sprawie, nie odniósł się w niej bezpośrednio do wydarzeń[...]". Oto więc, jest literalna wypowiedź Krzysztofa Szulczyka dla "Tygodnika Tucholskiego":


Witam Pani Zuzo



>

> Poniżej zamieszczam moją wypowiedź, wyrażam zgodę tylko na druk całości, aby wypowiedź nie straciła kontekstu. Wyrażam zgodę na dane osobowe Krzysztof Szulczyk.

>

> "Z miłą chęcią odpowiedziałbym na Państwa pytania, ale nie jestem stroną w sprawie, a więc nie będę do tego w żaden sposób się ustosunkowywał. Nadmienię jednak, że od zaprzyjaźnionych dziennikarzy usłyszałem, że były naciski ze strony władz, aby jedna z redakcji wydrukowała taki materiał, który wymierzony jest w chojnickiego opozycjonistę Marcina Wałdocha".

>

> Pozdrawiam

>

> Krzysztof Szulczyk


W kontekście maila o takiej treści, gdzie może być mowa o bezstronności "Tygodnika Tucholskiego"? Po prostu manipulują informacją w przestrzeni publicznej i zamieszczają jedynie to co sami uważają za słuszne i tak jest z całą sprawą. Nie interesowało Redakcji "Tygodnika Tucholskiego" tak sensacyjne stwierdzenie jak "naciski ze strony władz, aby jedna z redakcji wydrukowała taki materiał wymierzony w chojnickiego opozycjonistę"? Dlaczego? Czy to czasami nie chodzi o siostrzaną redakcję "Czasu Chojnic"? Tego czytelnikom nie warto powiedzieć? Więcej niewygodnych faktów wkrótce.